Weź sobie jabłko

                30 maja 2009 o godzinie 16:56, w kategorii Jabłka.

Coraz trudniej określić dziś miarę sukcesu… Wszyscy producenci piszą o sobie jacy to są innowacyjni, nowocześni, odkrywczy, przełomowi, oryginalni i tak dalej. Piszą na własnych stronach, ulotkach i materiałach reklamowych – co jest dosyć zrozumiałe choć przecież momentami wybitnie karykaturalne – piszą też w gazetach kupując sobie obiektywne recenzje i bezstronne komentarze. Cóż, takie mamy czasy – słowo i obraz zupełnie oderwano od rzeczywistości więc siłą rzeczy niewiele nam one o niej nie powiedzą. Zawodzi też prosta arytmetyka – niby łatwo policzyć tysiące czy nawet miliony sprzedanych sztuk a potem przeliczyć to na euro i dolary ale w ten sposób nie otrzymamy jednak pełnego obrazu sytuacji. Nie wszystko jest przecież policzalne choć – oczywiście – wszystko próbujemy policzyć. Jednak wielki udział w rynku nie przekłada się wcale na zadowolenie klientów, satysfakcję z użytkowania ani dobrą opinię… Gdy więc spojrzymy już na statystyki nadal nie potrafimy powiedzieć co jest ostatecznie ważniejsze – 10% udział w rynku czy 81% satysfakcji z produktu? Biznesmen powie – sprzedaż, użytkownik – satysfakcja – i właściwie obaj będą mieli racje bowiem każdy z nich ma inny punkt odniesienia. Okazuje się, że sukces ma nie tylko wielu ojców ale i wiele twarzy. Dlatego też gdy usłyszałem plotki o tym, że Palm Pre będzie się synchronizował z iTunes udając iPoda, pomyślałem, że może warto by popatrzeć na sprawę nieco inaczej i spróbować określić go jeszcze inną miarą – w myśl powiedzenia, że naśladownictwo jest najwyższa formą podziwu.

Palm-Pre-000.J54Pg

Bo jakże w to wątpić kiedy rozwiązania Apple kopiuje – czy może raczej należałoby powiedzieć: próbuje kopiować – prawie całą branża? Kiedy Nokia, Google i Microsoft otwierają własne „app story”? Kiedy rynek zalewają różne iPod-iPhone-killery? Kiedy producenci pecetów – jak Dell – deklarują że chcą mieć na swoich maszynach OS X lub – jak wszystkie te małe firmy krzaki w stylu Psystar – że już go mają? Kiedy każdy nowy Windows, nowe KDE i pełno różnych mniejszych projektów naśladuje, wygląda lub stara się wyglądać jak OS X? Wróćmy jednak do Palma. Oferując kompatybilność z iTunes, podobny interfejs i rozwiązania oraz zatrudniając byłych pracowników Apple Palm idzie ostro po bandzie. Widać, że firma spodziewa się konfrontacji i w ten sposób chce – podobnie jak swego czasu Apple – wylansować się na ofiarę większego, dominującego na rynku konkurenta i jednocześnie jedyną prawdziwą opozycję dla applowskich rozwiązań. Co może się udać biorąc pod uwagę modę na robienie z Apple drugiego Microsoftu, dobrze sprzedającą się w mediach antyapplowską histerię i umiejętnie podsycaną przez różnych pseudodziennikarzy niechęć… Jeśli więc Apple zablokuje możliwość synchronizacji Palma z iTunes – na co potrzebuje pewnie jakieś 15 minut – lub/i odda sprawę w ręce wymiaru sprawiedliwości Palm natychmiast urośnie w siłę. Owszem, to ryzykowna gra ale przecież warta świeczki zwłaszcza, że firma ma niewiele do stracenia a sporo wizerunkowych argumentów – piękną historię, niezły produkt, a na sztandarach chwytliwe hasła: uwolnienie „gorącej” technologii multidotyku i dostępu największego sklepu z cyfrową muzyką. Powszechne niezrozumienie faktu, że Apple produkuje i sprzedaje nie tyle komputery – w tym także te kieszonkowe – i oprogramowania ale właśnie zintegrowane, kompleksowe rozwiązania to obecnie chyba najmocniejsza broń konkurencji. Wykorzystał ją z powodzeniem Microsoft przy okazji kampanii „Laptop hunters”, producent smartfonów BlackBerry Research In Motion tłumacząc ludziom, że powinni zaakceptować źle działające urządzenia oraz wszystkie te agresywne pchełki produkujące i sprzedające hakintosze. Tonący brzydko się chwyta – mawiał Słonimski. Ale za to mocno.

Nie mam zamiaru bronić Apple – jak znam życie świetnie poradzi sobie samo – zwracam tylko uwagę na to jak wygląda obecnie sytuacja oraz na czym polegają dziś metody walki o rynek i nasze zainteresowanie. Oczywiście – biznes to nie jest gra dla rycerzy. A jednak taka Nokia potrafiła oddać Apple sprawiedliwość… Gdy więc patrzę, jak na wzorowanej na applowskich keynotach konferencji Palma, prawie dwa lata po premierze iPhona, w podniosłej atmosferze, pokazuje się jako nowość i zapierający dech w piersiach feature, multidotykowy ekran i tym podobne „unikalne rewelacje” czuję po prostu niesmak. Mimo, że Palm Pre to chyba jedyny z wielu różnych iPhone-admirerów, który oferuje coś więcej niż tylko sklonowany wygląd i powierzchowne podobieństwa. Szkoda, że w taki sposób, w imię krótkowzrocznych korzyści, niszczy się to co naprawdę zasługuje na szacunek… Wiem, że zaraz usłyszę, że bredzę. Że właściwie nie ma żadnego powodu aby inne odtwarzacze czy telefony nie mogły korzystać z iTunes, że Apple potrzebuje konkurencji jak kania dżdżu, że to gadanie fanboja, że „biznes is biznes”, że przesadzam, że gesty to nie technologia, którą można opatentować, że wszyscy tracimy na „applowskim monopolu” bo składak z OS X kosztuje połowę tego co najtańszy mak i tak dalej i tym podobne. Ale, ale… Przecież, mówiłem że nie chcę bronić Apple. Przeciwnie – idzmy dalej! Jeśli popularność applowskich pomysłów i skuteczność realizacji staje się nagle, na mocy jakichś tajemniczych interesów ogółu, własnością wspólną, do której prawa mają wszyscy za wyjątkiem pomysłodawcy, to może od razu przyjąć, że każdy może sobie wygrawerować na obudowie czy nadrukować na pudełku nadgryzione jabłko? Dlaczego tylko Apple ma prawa do tego znaku? Jest rozpoznawalny, zgrabnie pomyślany, dobrze się kojarzy i nieźle wygląda. Rozwijany przez lata stał się prawdziwym symbolem i do tego jest jeszcze sporo wart. A jabłko na obudowie pomogłoby przecież wielu różnym producentom – komputerów, telewizorów, sokowirówek a być może nawet ubrań i butów. Dlaczegóż więc Apple ma monopol na Apple!? Tak dalej być nie może!


komentarzy 80