Snow Leopard

                25 sierpnia 2009 o godzinie 11:20, w kategorii Jabłka.

O Snow Leopardzie pisałem obszernie już wcześniej i właściwie nie mam zbyt wiele do dodania. Pierwsze wrażenie z nowym systemem jest mniej więcej takie jakbyście zainstalowali kolejna aktualizację przez Software Update. Dostrzegalne gołym okiem zmiany są kosmetyczne. Z jednej strony ta kosmetyka zawiera w sobie jakąś funkcjonalność – ja np. nowe Expose czy Stacks – z drugiej nie zawiera żadnej – jak w przypadku nowego wyglądu menu kontekstowego dla zadokowanych ikonek. Jest oczywiście kilka jasnych punktów – jak choćby nowy Finder. Jest szybszy, pozwala na wygodny podgląd wielostronicowych pedeefów czy filmów już w ikonie, wygodne skalowanie ich rozmiarów i tak dalej i tym podobne ale nie jest to nic wielkiego. Podobnie rzecz wygląda w przypadku Preview, Maila i całej reszty systemowych aplikacji. Nowe Expose działa lepiej ale moim zdaniem wygląda gorzej – okienka są porozkładane na ekranie równo ale to raczej wątpliwa zaleta zważywszy na to, że np. wielkie okno Safari i malutkie okienko iChata uzyskują dzięki temu ten sam rozmiar. Wygląda to pokracznie i chyba wolałem stare rozwiązanie. Nie bardzo podoba mi się też niebieskie podświetlenie – jest mniej czytelne – ale to już drobiazg.

Snowleopardbox645Tshsg

Zmienił się nieco sposób instalacji – jeśli wskażecie dysk z zainstalowanym systemem zostanie on po prostu zaktualizowany. Wybór typu instalacji – czysta lub czysta z archiwizacją danych – został przeniesiony gdzieś w głąb Disk Utility. W pierwszej chwili wydawało mi się to ruchem bez większego sensu ale szybko doszedłem do wniosku, że nie jest to wcale zmiana na gorsze a początkującym na pewno oszczędzi kłopotów. Czysta instalacja trwa kilkanaście minut, aktualizacja z ostatniej wersji 10.5 około czterdziestu. Słowem, wszystko w normie. Snow Leoparda widziałem w akcji na jednym z pierwszych MacBooków (C2D/GMA950) pracującym z dwudziestotrzycalowym Apple Cinema Display. Na jednym aktywnym ekranie wszystko działało wyjątkowo gładko – w Leopardzie również – ale już na dwóch animacja wyraźnie spowalniała podczas gdy stary Leopard radził sobie z podwójną rozdzielczością (3200 pikseli w poziomie) zauważalnie lepiej. Generalnie system wydaje mi się w codziennej pracy szybszy ale sądzę, że to raczej autosugestia niż obserwacja. Wiecie jak to mówi stare przysłowie – nowa miotła lepiej sprząta. Owszem, w oczy rzuca się żwawość Findera, krótki czas uruchamiania niektórych aplikacji czy choćby szybsze generowanie przez system miniaturek obrazków czy filmów ale podobne wrażenia zwykle nie mają wiele wspólnego ze stanem faktycznym. Pamiętacie pewnie, że nowi użytkownicy OS X często narzekali na szybkość systemu opierając się na odczuciach związanych z prędkością przesuwania kursora myszy, szybkości usypiania czy czasie startu systemu a to przecież tylko złudzenia. Wyniki różnych benchmarków pokazują zagadnienie dużo bardziej precyzyjnie ale to z kolei czysta teoria – na wykresach łatwo zwizualizować i uwypuklić wszystkie możliwe różnice ale co z tego? Żaden człowiek nie jest w stanie odnotować wzrostu szybkości o kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt procent w operacjach, które i tak zajmują ułamki sekund. To po prostu niezauważalne. Dlatego nie spodziewajcie się cudów – ewentualne zalety Snow Leoparda dostrzeżecie dopiero przy dużym obciążeniu lub przy specyficznych zastosowaniach.

Screerad3Jkopzz43

Screeapersl76Sgs

Na chwilę obecną część softu jest jeszcze z nowym OS X niekompatybilna – ale to oczywiście i w przeważającej części tylko kwestia czasu więc nie ma powodu aby się nad tym zbyt mocno rozwodzić. Z tego co zauważyłem współpracy odmówiły Menu Meters, iStatMenu, PithHelmet, starsza, darmowa wersja ImageWell, Apple Remote Desktop (już pojawiła się aktualizacja), starsza wersja Aperture, oraz mój ulubiony wygaszacz ekranu GLMatrix z pakietu XScreensaver. Nie ma w tym jednak nic zaskakującego – większość zmian w 10.6 dotyczy przecież wnętrzności siłą rzeczy więc wszystkie wtyczki, bardziej skomplikowane czy napisane „na skróty” aplikacje będą wymagały stosownych poprawek. Niby nic wielkiego z drugiej jednak strony lista jest całkiem spora jak na pierwsze rozdanie. Weźcie to więc pod uwagę planując swój kalendarz – im szybciej się zdecydujecie na przesiadkę tym dłużej będziecie czekać na poprawki. A gdy idzie o ważny dla was soft – może to być kłopotliwe… Reasumując – bez dwóch zdań aktualizacja do Snow Leoparda jest warta swojej ceny. Gdyby system miał kosztować tyle ile wersje poprzednie – a więc o 100 dolarów więcej – pewnie marudziłbym znacznie bardziej, jednak $29 (129zł w naszym pięknym kraju) to naprawdę żadne pieniądze za pierwszy OS X pomyślany od początku do końca z myślą o intelowskich makach. Leopard mimo wszystkich swoich zalet nigdy nie uzyskał stabilności i niezawodności Tigera. Wiem co mówię – cały czas mam na biurku komputer z procesorem G4, pracujący pod kontrolą 10.4.11, który działa bezawaryjnie i właściwie non-stop podczas gdy mój MacBook z Leopardem co jakiś czas i właściwie bez powodu – owszem, rzadko ale jednak! – odmawia posłuszeństwa. A to wywali się Safari, a to Mail albo zaczyna szwankować któryś z modułów kernela (sieć, audio). Wprawdzie nie były to nigdy poważne kłopoty i nigdy nie naraziły mnie na utratę żadnych danych – w najgorszym razie wystarczyło uśpić i obudzić komputer – ale fakt jest faktem. Sądzę, że Snow Leopard ma szanse przywrócić znów stare, dobre tradycje. Słowem, na pytanie kupić czy nie kupić odpowiem bez wykrętów – pędźcie do sklepu! Premiera już za trzy dni!


komentarzy 30