iBiurokracja

                27 maja 2009 o godzinie 18:49, w kategorii Jabłka.

Dziś mainstreamowe media tryumfalnie ogłosiły zwycięstwo Komisji Europejskiej w „walce z przedsiębiorcami o wony rynek” a wszystko to na podstawie wczorajszego komunikatu o tym, że „francuski zaiks” i koncert EMI zadeklarowały wolę wprowadzenia paneuropejskiej licencji na sprzedaż muzyki. Główni gracze w segmencie internetowej dystrybucji muzyki w Europie wyrazili zdecydowaną wolę zniesienia wielu barier, które uniemożliwiają konsumentom pełne korzystanie z możliwości, jakie daje internet – przeczytacie na TVN24. Wczorajsza zapowiedź zmian w strategii Apple’a to odpowiedź na nacisk Komisji Europejskiej, która promuje ideę jednolitego unijnego rynku multimediów w sieci. Według Megleny Kunevej, unijnej komisarz ds. polityki ochrony konsumentów, obecne ograniczenia w dostępie do oferty iTunes to przejaw dyskryminacji ze względu na narodowość – pisze Rzeczpospolita. Doprawdy – pełen tryumf! A jeszcze te nagłówki – Koniec dyskryminacji polskich internautów. iTunes w całej Europie. Co za piękny sukces! Od razu widać, że wybory do europarlamentu za pasem, prawda? A co potem? Znów parę lat letargu?

Unia Europejska668K.Jpg

Chciałbym więc przypomnieć, że „główni gracze” to zaledwie dwie instytucje oraz, że górnolotne deklaracje od realizacji dzieli długa i trudna droga – zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę specyfikę problemu. Warto też pamiętać, że licencja paneuropejska nie niczego nie załatwi jeśli okaże się zbyt kosztowna – przypomnijcie sobie wyliczenia pana kierownika wydziału licencji i inkasa. Diabeł tkwi przecież w szczegółach. A to oznacza, że mamy do czynienia z kolejną medialną hucpą uszytą dodatkowo na potrzeby kampanii wyborczej. Słowem, nic się nie zmieniło – jak słusznie zauważył Przemek Pająk. Apple nie może sprzedawać muzyki online bez ograniczeń geograficznych, bo nie pozwala na to gąszcz skomplikowanych przepisów prawa autorskiego – pisał przed trzema miesiącami Konrad Niklewicz streszczając zagadnienie na podstawie dwuletnich dokumentów w sprawie – Fragmentacja rynku jest konieczna, bo na każdym rynku narodowym, ze względu na krajowe prawa autorskie, trzeba podpisywać odrębne umowy licencyjne dla sprzedaży online. Jednak Pająk myli się w diagnozie – przede wszystkim Apple nie jest producentem muzyki – jest tylko pośrednikiem, sprzedawcą – i piractwo nie jest i nigdy nie było jego głównym zmartwieniem. Owe wysokie koszta i wysiłek wejścia na rynki wschodniej Europy dotyczą głównie porozumień z wydawcami i organizacjami zbiorowego zarządzania oraz niskiej siły nabywczej dawnych demoludów. Bo przecież nie transferu czy prowadzenia internetowego sklepu… Zresztą jeśli macie wątpliwości zastanówcie się dlaczego Apple sprzedaje u nas oprogramowanie dla iPhona a muzyki do iPoda już nie?

Spideritu86D8Fsgs09

Nie ma zatem żadnego rozdźwięku pomiędzy oficjalnym a „nieoficjalnym tłumaczeniem” – oba twierdzą to samo. Co więcej to rzekomo „nieoficjalne tłumaczenie” pochodzi z jak najbardziej oficjalnego pisma, w którym Apple, prawie dwa lata temu, odpowiadało na podobne zarzuty Komisji Europejskiej. Żeby sprzedawać muzykę w jakimkolwiek państwie Unii, iTunes musi najpierw uzyskać prawa do nagrań i dzieł muzycznych w danym kraju, i przestrzegać obowiązujących w tym państwie przepisów ochrony konsumenta – czytamy. Poza tym piractwo nigdy nie było przeszkodą dla sprzedaży cyfrowej muzyki poprzez Internet – było dokładnie odwrotnie. To właśnie internetowe sklepy z legalną muzyką miały zwalczyć sieci P2P i nieskrępowaną wymianę empetrójek. I wszędzie tam gdzie pojawiła się rozsądna cenowo alternatywa dla różnych napsterów i torrentów sprzedaż legalnej muzyki wzrastała – czego zresztą iTunes jest świetnym przykładem. Nie jest więc prawdą, że nie mamy w Polsce iTunes ze względu na wysoki poziom piractwa i społeczne przyzwolenie dla takiej aktywności. Piractwo to skutek braku możliwości a nie ich przyczyna. Nie mamy polskiego iTunes bo nie mamy warunków, w których taki biznes mógłby normalnie funkcjonować. Nie przesadzałbym też z tym „bliżej czyli dalej” – w końcu – jak mówi znane porzekadło – nawet wielka podróż zaczyna się od małego kroku… Dlaczego jednak Apple poniosło koszty dogadywania się z wytwórniami i OZZ w Niemczech, Anglii czy Francji a nie chce ich ponosić w Polsce, Czechach czy na Węgrzech? – zapytacie. Och! Zajrzyjcie do własnego portfela. Mamy w nim średni licząc cztery czy nawet pięć razy mniej pieniędzy niż nasi zachodni sąsiedzi. A w zamian zapewne z pięć razy więcej różnych wspaniałych przepisów. Normalnie nic tylko się do nas pchać!

Pieniadz345Otowki.Jpg

Ową „dyskryminację ze względu na narodowość” o której tak dużo i chętnie mówią politycy i piszą dziennikarze – przyklejając ją przy tym bezmyślnie ostatniemu ogniwu w długim łańcuszku wydarzeń – zawdzięczamy im samym. Restrykcyjne przepisy, z którymi teraz walczą unijni komisarze, organizacje zbiorowego zarządzania które trzeba przekonywać do ustępstw i legislacyjne przeszkody, które trzeba usunąć to przecież bezpośrednia konsekwencja etatyzmu w myśleniu i biurokracji w działaniu. Wszystkie te modne, niezbędne i wymagane – bo trzeba się dostosować! – idee, które znajdują potem wyraz w kolejnych przepisach mają swoje – czasem czytelne a czasem nieoczywiste – konsekwencje. Problem w tym, że nikt nie chce ich dostrzec. Liczy się tylko krótkoterminowy efekt. Ślepimy w jedną stronę medalu udając że druga nie istnieje. A potem – szczerze zdziwieni – walczymy z problemami, które sami sobie stworzyliśmy. One nie spadły z nieba wykute na kamiennych tablicach – ktoś wszystkie te pomysły fragmentaryzacji rynku, wyznaczenia pól eksploatacji, domniemania pełnomocnictwa i tym podobne, spisał, zaaprobował i przegłosował, prawda? Ktoś je opiniował, ktoś publicznie chwalił, ktoś za nimi lobbował i tak dalej. Owszem, naszą własną biedę zawdzięczamy historii, ale ostatnie 20 lat to prawdziwy festiwal zinstytucjonalizowanej bezmyślności i wiary w to, że tworzenie nowych i coraz bardziej skrupulatnych przepisów unieważni ekonomię, śmierć i grawitację. Welcome to the real world. Paper-fiction world!

Niklwojfdhfd6S

Tym bardziej więc nie rozumiem tryumfalnego tonu na jaki pozwala sobie dzisiaj w polemice z Wojciechem Orlińskim wspominany wyżej Konrad Niklewicz – bowiem zarówno stanowisko Komisji Europejskiej jak i rozwój wypadków pokazują, że to właśnie Orliński celnie zdiagnozował problem poruszając temat różnych obszarów eksploatacji. Tyle że nie wierzył, że w praktyce da się go rozwiązać – co nawiasem mówiąc – jeszcze nie jest przecież wcale przesądzone. To Niklewicz nie miał racji zwalając całą winę na Apple i rozpętując w Wyborczej swoją prywatną antyapplowską krucjatę – jak to Apple kpi sobie z traktatowej zasady swobody handlu oraz przepływu dóbr i usług, że z jakichś tajemniczych, i sobie tylko znanych powodów, traktuje Polskę gorzej niż innych, mimo że u nas przecież już wszystko jest gotowe a pan kierownik wydziału licencji i inkasa cały czas ufnie czeka na telefon… Słowem, że Apple może ale złośliwie nie chce. Bo skoro urzędnik w artykule 36, rozdział 3 „Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej” napisał, że różne inne niezbędne „zakazy i ograniczenia nie powinny stanowić środka arbitralnej dyskryminacji ani ukrytych ograniczeń w handlu” to – rzecz jasna – tak właśnie jest. A jeśli nawet nie, to siłą wymusimy żebyś w to uwierzył albo chociaż udawał, że wierzysz… Wiem, że się powtarzam ale tyle się na ten temat ostatnio mówi i pisze, używając różnych uproszczeń, stereotypów, słownych kalek i myślowych skrótów oraz dość ordynarnych memów, że uznałem że to jednak ważne. To nie Komisja Europejska wymusiła coś na Apple, wytwórniach czy OZZ. To rynek i technologia wymusiły na biurokratach zmianę nastawienia. I choć nie wiadomo kiedy ani jak to się skończy to jest to jednak dobra wiadomość.


komentarzy 12