Do trzystu trzydziestu trzech razy sztuka

                23 maja 2009 o godzinie 16:53, w kategorii Jabłka.

If you believe that you can make the necessary changes so that Inaczej niż w raju does not violate the iPhone SDK Agreement we encourage you to do so and resubmit it for review jak już wiecie od trzech miesięcy tak właśnie z grubsza wygląda moja korespondencja z Apple. Chodzi oczywiście o iphonową wersje książki Inaczej niż w raju. Nie wszyscy może śledzą iphonowe tematy – więc wyjaśniam – że aby program trafił do App Store musi spełniać pewne określone, nie tylko techniczne wymogi. Część z nich jest całkiem sensowna – choć kłopotliwa – jak na przykład wymóg ścisłego trzymania się specyfikacji lub wywołujący ostatnio niezrozumiałe oburzenie nakaz dostosowania wszystkich aplikacji do systemu 3.0. Owszem, dla dewelopera to pewnie dodatkowy wysiłek a przy tym niewygodny „zakaz chodzenia na skróty” ale w końcu telefon ma służyć użytkownikom a nie programistom i aby było to możliwe a urządzenie stabilne/wydajne /funkcjonalne trzeba się trochę napracować… Tabakiera jest w końcu dla nosa, prawda? Część jest niezrozumiała lub dyskusyjna – a w praktyce zależna zapewne od różnych czynników wewnętrznych, a w każdym razie szaraczkom nieznanych – co dobrze ilustrują choćby problemy Podcastera czy aplikacji NetShare umożliwiającej wykorzystanie telefonu w roli modemu – i ich sens wychodzi na jaw dopiero po jakimś czasie.

Hitle456456R.Jpg

Część z kolei jest całkiem zrozumiała, jak choćby wyraźny zakaz erotyki czy pornografii – choć doprawdy nie wiem w czym wirtualne gołe cycki mogą być bardziej szkodliwe od wirtualnej przemocy i krwawych gier, których w App Store jest przecież całkiem sporo. Zresztą odkąd w iPhonie pojawił się filtr rodzicielski całą tą obyczajową cenzurę można by spokojnie zostawić użytkownikom. Zwłaszcza, że ofiarami jej padają coraz częściej produkcje – które można bez przeszkód kupić w muzycznym iTunes, a więc w tym samym okienku! – takie jak South Park czy Nine Inch Nails. Ostatnio dołączył do nich zupełnie niewinny czytnik ebooków, a to z racji tego, że umożliwiał pobranie starożytnego indyjskiego traktatu na temat ludzkiej seksualności czyli popularnej Kamasutry. Jak widać absurd tej sytuacji sukcesywnie się pogłębia. I tu właśnie dochodzimy do sedna problemu – po co to wszystko? Jak być może pamiętacie, od samego początku broniłem prawa Apple do kontrolowania kanału dystrybucji oraz zawartości App Store i – mimo iż właśnie padam ofiarą tego procesu – zdania nie zmieniłem. Apple ma prawo decydować czym jest stworzona przez nich platforma oraz obowiązek zapewnienia użytkownikom (i operatorom, w sieciach których urządzenie pracuje) bezpiecznego i niezawodnego funkcjonowania całego środowiska, a to patrząc realnie oznacza konieczność filtrowania aplikacji i narzucenie deweloperom pewnych sztywnych reguł. Może w czasach w których szafuje się opacznie rozumianą wolnością i „zionie tolerancją” nie brzmi to zbyt dobrze ale taka jest właśnie prawda – to cena jaką trzeba zapłacić za brak wirusów, niespodziewanych zwiech, wycieków pamięci, konfliktów pomiędzy aplikacjami, resetów i tak dalej. Słowem, za święty spokój. Coś za coś. Jak to mówił Milton Friedman – nie ma darmowych obiadów. Jednakże taka kontrola to także kolosalna odpowiedzialność a z tą Apple niestety sobie nie radzi.

Owszem, pierwsze takie wpadki można było złożyć na karb nieuniknionych pomyłek przy starcie projektu, dmuchania na zimne i naturalnych konfliktów z chcącymi wyczuć granice deweloperami – vide casus I’m a rich – i tak dalej ale minęło już na tyle dużo czasu, że trudno dziś szukać takich usprawiedliwień. Nie wiem oczywiście jaka jest prawdziwa skala i przyczyny odrzucania przez Apple różnych aplikacji – i myślę, że nie można w stu procentach wierzyć wszystkim rozgoryczonym i narzekającym publicznie deweloperom – ale wiem jak to wyglądało w przypadku mojej książki i na tej tylko podstawie dam głowę, że cała ta kolaudacja jest po prostu zwyczajnie nieprzemyślana i fatalnie przygotowana. Po pierwsze sięga zbyt daleko/głęboko ingerując w treść a nie tylko w formę. Po drugie brudną robotę odwalają pewnie automaty wyszukujące zakazanych słów kluczowych a kontrolujący je ludzie pozbawieni są możliwości – wielka ilość zgłoszeń – lub motywacji, żeby ich działanie z głową monitorować. Stąd pewnie obecność takich „perełek” jak choćby słynny Baby Shaker… W moim przypadku zakwestionowano za to tytuł jednego z rozdziałów, który brzmiał Jailbraki i – o ironio! – traktował o wadach posiadania iPhona spoza oficjalnego obiegu. Nie mam pretensji – książka jest po polsku a więc w języku, który w słonecznej Kalifornii jest raczej egzotyczny – jednak późniejsze betonowe upieranie się, że fragment ten zawiera informacje na temat hakowania iPhona uważam już za mocno przesadzone. Swoją drogą i tak dziwię się, że Apple nie odrzuciło książki w całości i od razu – w końcu skąd oni mogą wiedzieć co ja tam wypisuje? Mogę na przykład namawiać do tego, że trzeba bezwzględnie pozabijać wszystkie dzieci bo – powiedzmy – pochłaniają one światowe zapasy cukru co zaowocuje wielkim kryzysem i piątą wojną światową już w 2034 roku…

Iphoter66Ne-Rip.Jpg

Po trzecie informacje dotyczące odrzucenia aplikacji są wybitnie enigmatyczne – zawierają tylko okrągłe zdanie, że naruszono warunki SDK – w stylu §3 punkt 2 podpunkt 2 – i na tym koniec. I bądź tu mądry – bo niby skąd mam wiedzieć co konkretnie należy poprawić? A zgaduj zgadula! Dzięki temu właśnie w iphonowej wersji Inaczej niż w raju nie ma wcale ilustracji – za trzecim razem gdy usłyszałem, że książka nadal zawiera zastrzeżone znaki towarowe po prostu usunąłem wszystkie obrazki jak leci. Po czwarte wszystko to trwa cholernie długo. Czasem tydzień, czasem dwa a czasem trzy. Biorąc to wszystko razem do kupy naprawdę trzeba anielskiej cierpliwości aby się nie zniechęcić i nie szpurnąć programu w kąt. I znów – Inaczej niż w raju czeka na akceptację już 98 dni. Lekka przesada, prawda? Oczywiście to wszystko drobiazgi, które łatwo można poprawić. Do tego jeszcze specyficzne – bo książka, bo po polsku i tak dalej. Nie chce się skarżyć – i nie mam zamiaru drzeć szat bo padło akurat na mnie. To wprawdzie irytujące ale nie w tym rzecz. Wiem doskonale, że Apple nie ma interesu w tym aby walczyć z deweloperami. Ani w tym aby utrudniać komukolwiek życie. Jest wręcz przeciwnie. Apple stara się ułatwić programowanie pod iPhona jak może, dostarcza wygodne narzędzia, niezłą dokumentację, dba o techniczną jakość dystrybuowanego oprogramowania, ma świetną i summa summarum niedrogą dystrybucje i tym podobne. To są fakty. Problem tylko w tym, że ten system nie działa dobrze już na starcie. Weryfikacja aplikacji jest bowiem zagadnieniem kluczowym a w praktyce okazuje się wadliwa, zbyt uznaniowa, niespójna, zbyt mało wydajna, potwornie czasochłonna a momentami nawet kompletnie bezmyślna. Nic dziwnego, że wśród deweloperów rośnie rozgoryczenie i frustracja – to po prostu efekt bezradności i rozczarowania. Apple przyzwyczaiło nas przecież do innego podejścia – mak po prostu działa, i te sprawy. Chyba pamiętacie? Tymczasem wygląda na to, że tym razem firma mająca na sztandarach przyjazną i niezawodną technologię „dla reszty z nas” nie potrafi dochować własnych standardów. A przecież, jak już się coś robi to należy to robić dobrze… Albo wcale.


komentarzy 17