Do góry nogami

                4 listopada 2009 o godzinie 9:39, w kategorii Jabłka.

Gdy rozmawiam z kimś o komputerach, w sieci lub normalnie twarzą w twarz, gdy o nich czytam lub słucham cały czas stykam się z tym samym błędem – większość ludzi myśli, iż komputer to sprzęt, elektronika. Co więcej większość z uporem tkwi przy tym stanowisku kiedy mówię, że komputer to także oprogramowanie. Nie mam pretensji, sprzyja temu naiwny, powierzchowny odbiór rzeczywistości – na rynku od dwudziestu kilku lat dominuje model, w którym sprzęt produkuje jedna firma a oprogramowanie druga co dyskretnie narzuca wniosek, że obie te sfery są od siebie oddzielone i właściwie niezależne. Sprzęt kupuje się w sklepie – często nawet bez oprogramowania – jest namacalny, kosztowny i ciężki jest to więc to coś konkretnego. Oprogramowanie z kolei to raczej abstrakt. Zwykle prawie puste pudełko, w którym grzechocze samotna płyta albo nawet jeszcze mniej – plik z internetu. Do tego soft jest łatwo dostępny, często za darmo (nawet ten komercyjny i drogi – można go dostać od uczynnego kolegi, ściągnąć z sieci p2p itd.), można go też stosunkowo łatwo zamienić na inny – dziś używamy Windows, jutro Linuxa, pojutrze znowu Windowsa i tak dalej. Nieco to wszystko ulotne, prawda? Jednak wynika z tego wszystkiego dosyć prosta konstatacja – sprzęt zawsze trzeba kupić podczas gdy oprogramowanie niekoniecznie. Wniosek nasuwa się sam – urządzenie to ta cenniejsza, bardziej wymagająca, niezbędna część komputera, oprogramowanie to w najlepszym razie płyka CD lub pozycja na fakturze. I w ten sposób komputer staje się rzeczą, a elektronika komputerem.

Design Imac 20091020

Potocznie zresztą wszyscy tak mówimy, myślimy i nie ma w tym nic złego ani dziwnego tak długo jak długo nie zaczynamy mówić o komputerach w ogóle, teoretyzować, czynić jakieś założenia i wyciągać z nich logiczne wnioski. Wystarczy przecież tylko chwilkę pomyśleć aby zrozumieć, iż zawarty w tym językowym uproszczeniu błąd prowadzi na manowce – cały ten wspaniały, kosztowny i nowoczesny sprzęt pozbawiony oprogramowania jest bowiem nic nie wart. Tak samo zresztą jak najlepszy nawet soft bez sprzętu na którym mógłby działać. Jedno bez drugiego po prostu nie istnieje – to całość, nawet jeśli kupuje się ją w częściach i trzeba ją połączyć własnoręcznie. Komputera bez oprogramowania nie tylko nie da się używać ale nawet włączyć. Oznacza to, iż mówiąc komputer mamy więc na myśli coś więcej niż tylko sam sprzęt – i właściwie zawsze poza czysto technicznymi rozmowami chodzi nam o komputer z oprogramowaniem. Warto to sobie uświadomić. Wspominam o tym nie bez powodu, jako że po raz kolejny wdałem się w długa i dyskusję z sympatykami hakintoszy w której raz po raz padały te same co zwykle argumenty. W skrócie, żeby was nie zanudzać – sprzęt Apple jest za drogi, jest kiepski jakościowo, oprogramowanie jest dobre a skoro sprzedaje się je w pudełku i może ono działać na specjalnie dopasowanym pececie oznacza to, iż powinno być dostępne dla wszystkich ergo żadna całość nie istnieje a Apple jak zwykle bez sensu wydziwia, zakazuje i „wie lepiej”. Oczywiście to tylko główny rdzeń, bowiem rzecz dotyczyła nie tyle samych hakintoszy ile działalności Psystara, który parę dni temu zaczął sprzedawać oprogramowanie mające ułatwić instalację OS X na pecetach, więc cała ta rozmowa miała przynajmniej kilka różnych aspektów… Właściwie zamiast „zaczął sprzedawać” powinienem był napisać „przywłaszczył sobie” albo nawet „ukradł” bowiem Psystar z wrodzoną sobie pasożytnicza naturą tym razem zagarnął efekt pracy środowiska hakerów skupionego wokoło ruchu OSx86 i próbuje na tym robić pieniądze ale mniejsza już o to. W jaskini zbójców trudno o uczciwość – hakerzy bimbają sobie z pracy Apple, Psystar bimba sobie i z Apple i z hakerów, taka jest widać zbójecka kolej rzeczy – zostawmy więc etykę na boku i zajmijmy się techniką.

Psystar Op55En

Komputer sobie a oprogramowanie sobie – twierdzą sympatycy Psystara i niektórzy hakintoszowcy. Czy tak jest w istocie? Załóżmy iż mamy ten sam sprzęt pracujący pod różnym softem – powiedzmy peceta z Windowsem i z Linuxem. Co dostaniemy? Dwa rożne produkty. Jeden lepszy drugi gorszy. Albo oba równie złe czy dobre – to bez znaczenia – ale przecież bezdyskusyjnie inne. Co to oznacza w praktyce? Otóż to, ze wbrew powszechnym odczuciom to właśnie oprogramowanie jest tym ważniejszym, a nawet kluczowym, składnikiem komputera. Steve Wozniak, w końcu inżynier, w wywiadzie dla Mojego jabłuszka powiedział: Ktoś może mieć ten sam sprzęt i sprawić, że będzie działał naprawdę kiepsko. Klawiatura może być za mała i ciężko będzie naciskać klawisze. Rozpoznawanie gestów, powiększanie, zmniejszanie, przewijanie będzie toporne. Całość nie będzie spełniała Twoich oczekiwań. Nie można tego zignorować. Moim zdaniem, to właśnie software tworzy to, co urzeka użytkownika. Daje poczucie satysfakcji. To przekonanie zresztą kieruje także ludźmi, którzy decydują się na hakintosza – prawda? Widać to także na rynku – producentów hardware jest kilkuset lub nawet kilka tysięcy jeśli brać pod uwagę mniejsze firmy i ometkowane składaki podczas gdy oprogramowania (w sensie systemów operacyjnych) tylko kilku-kilkunastu. Oprogramowanie pełni więc rolę decydującą jednak czy jest i czy może być całkowicie niezależne od elektroniki? Teoretycznie tak ale tylko do pewnego stopnia. Kod można napisać na kartce papieru ale żeby go uruchomić potrzebujemy już sprzętu a żeby działał niezawodnie, stabilnie i bez niespodzianek, sprawdzonego sprzętu. Każdy program ma jakieś wymagania minimalne, każdy działa lepiej gdy uruchomimy go na optymalnej konfiguracji – nawet gdy obsługuje ich multum zawsze część z nich da efekty lepsze a część gorsze, prawda? Czy zatem zainstalowanie OS X na pececie, iPhoneOS na Palmie albo Nokii da te same efekty? W oczywisty sposób nie. Część funkcji wymagać będzie specyficznego sprzętu (gładzik z multitaczem czy podświetlana klawiatura), część dotyczy konkretnych podzespołów (np. bateria) a część ma charakter pozatechniczny, użytkowy (wtyczka magsafe, waga) lub/i estetyczny (wygląd, umiejscowienie baterii co pozwala na łatwe otwieranie laptopa, rozmieszczenie portów, brak kabli) i tak dalej. Wynika z tego niezbicie, że użytkownik maka i użytkownik hakintosza nie doświadczą wcale tego samego, mimo że będą używali właściwie tego samego sprzętu (konfiguracji) i dokładnie tego samego oprogramowania. I to kolejny dowód na to jak bardzo fałszywe jest postrzeganie sprzętu i oprogramowania rozdzielnie.

Iphone-3G-Vs-Nokia-N944T6

Producent, który zajmuje się i jednym i drugim – jak Apple – ma tu przewagę. Jest niezależny. Nie musi dogadywać się z innymi firmami, dostosowywać do ich pomysłów, omijać ich błędów i tak dalej i tym podobne. Łatwiej mu wprowadzać zmiany, poprawki czy jakieś radykalne ale korzystne rozwiązania. Producent który produkuje i sprzedaje oprogramowane komputery może też zaoferować swoim klientom więcej – stabilność, zoptymalizowany kod, lepsze sterowniki, konsekwentny rozwój oraz wszystko to co wynika z połączenia możliwości sprzętu i softu już na etapie projektowania. Oczywiście oprócz zalet są także i wady – to cholernie kosztowne, pracochłonne i ryzykowne podejście. Wymaga całościowej wizji, dużo lepszego wyczucia, czasu oraz odpowiedzialnego planowania. Słowem, to nie jest to na pewno droga na skróty. Dowodzi tego praktyka – nie tylko skromny udział Apple w rynku ale także wysoki poziom naśladownictwa, powoli acz stabilnie rosnące finansowe wyniki oraz legendarna już sympatia i satysfakcja użytkowników. Cała ta orka przynosi więc jednak sukcesy – może nie szybkie ale też i nie kapryśne. Gdzie tkwi ich źródło? Wróćmy jeszcze na chwilę do Woza: Kiedy testowałem Newtona, pierwszym zapisem jaki zrobiłem było: „Sarah, dentysta, godz. 14” i nacisnąłem przycisk „Assist”. Otworzył się program kalendarza i zapisał zdarzenie – absolutnie poprawnie. Pomyślałem: „Rany, czekaj! Właśnie zapisałem to dokładnie tak, jak pomyślałem! ” Nie musiałem pamiętać o wykonaniu poszczególnych kroków, zagłębianiu się w program. Po prostu to zrobiłem. Uwielbiam ten sposób działania aplikacji. (…) Nie lubię wypełniać tysiąca pól, przewijać list, wybierać lokalizacji. To czego oczekuję, to po prostu pole, w którym mogę wpisać co tylko chcę. Każdy zapisuje informacje na swój własny sposób, bo przecież ludzie są różni, mają różne potrzeby, różnie się komunikują, używają różnego języka i składni. Chciałbym, żeby więcej oprogramowania szanowało te różnice i działało zgodnie z tą zasadą. Mieliśmy na przykład Apple Works. Piękny mały program. Zawsze wiedziałeś gdzie jesteś i co robisz, jakie masz możliwości. Z Pages już nie jest tak samo, musisz poruszać się zgodnie z ustalonymi procedurami. Oczywiście, doświadczeni użytkownicy nie mają problemów z zaakceptowaniem tej logiki, ale to nie znaczy, że praca z programem musi odbywać się w taki sposób.

53Nakaz82

I tu docieramy do sedna oraz najważniejszej zalety jaką niesie za sobą całą ta kłopotliwa i jednocześnie bezcenna niezależność, a więc do możliwości projektowania i konstruowania rozwiązań, które wymykają się obowiązującym procedurom. Do robienia rzeczy, których nikt jeszcze w ten sposób nie zrobił – po swojemu i wbrew tradycji. Te procedury, o których mówi Wozniak przy okazji porównywania Pages i AppleWorks to bowiem nic innego jak tylko horyzont pewnych zastosowań. Słowem pomysły, których konsekwencje już sobie przyswoiliśmy. A mówiąc brzydko – wyeksploatowane pomysły. Cześć z nich jest rzecz jasna na tyle dobra, że nie traci na wartości ani się nie zmieni, część jednak funkcjonuje tylko z braku laku – po prostu nic lepszego się do tej pory nie pojawiło. Sztandarowym przykładem takiego podejścia jest choćby iPhone – swego czasu był nim także iPod oraz oczywiście pierwszy Macintosh oraz całkiem sporo innych applowskich produktów – który wywrócił rynek telefonów komórkowych do góry nogami. Było to możliwe głównie dlatego, że całą ta olbrzymia branża składała się właśnie z takich, wypracowanych przez lata i przyjętych właściwie bezrefleksyjnie procedur-wzorców, które opisywały komórkę i jej zastosowania. iPhone prawie wszystkie je redefiniował. Wszyscy stukali się w czoło kiedy Apple ogłosiło będziemy sprzedawać telefon. Wypowiadali się o nim lekceważąco przedstawiciele Nokii – potentata na rynku – oraz oczywiście inni producenci. Ot, kolejna komórka na rynku, jeszcze jeden telefon, nic wielkiego. Steve Ballmer, przedstawiciel firmy która produkowała konkurencyjny produkt czyli system operacyjny dla smartfonów, nie dawał mu żadnych szans. Tymczasem już pół roku później było pozamiatane. Wcześniej nikt nawet nie myślał o tym, że rynek ten może się tak zmienić – bo i po co skoro ciągle przynosił duże profity a sprzedaż cały czas rosła? A jednak okazało się że ludzie chcą czegoś innego. Tak samo było z tzw. cyfrową muzyką. Dopiero iPod i iTunes ustawiły ten biznes w sensowny sposób. Innym przykładem takiego technozapóźnienia może być Windows z jego znanymi przez wszystkich i jednocześnie znienawidzonymi koncepcjami, które korzeniami ciągle tkwią gdzieś we wczesnych latach osiemdziesiątych. OS X pokazał, że obsługa komputera za pomocą ikonek i okien może wyglądać inaczej w efekcie Windows 7 wygląda już prawie jak Tygrys, który miał premierę w 2005 roku! Jeszcze innym jest właśnie cała ta sprawa z hakintoszami – skoro większość sprzedaje oprogramowanie osobno i sprzęt osobno Apple też powinno! Nie wolno postępować inaczej! – mówią zwolennicy OS X i zarazem przeciwnicy Apple. Doprawdy? A ja myślę, że nawet trzeba!

Pc-D77Dnaglowie77Sesktop

Większość problemów jakie trapią dziś użytkowników komputerów osobistych wynika właśnie z kurczowego trzymania się utrwalonych procedur, skostniałych wzorców i raz wytyczonych horyzontów. Nie tylko w sensie zachowywania tzw. wstecznej kompatybilności ale także struktury rynku, która zabetonowała sytuację z końca lat osiemdziesiątych dużo bardziej skutecznie niż jakakolwiek świadoma decyzja czy zmowa. Jeśli ciągle słyszycie te same historyjki o inteligentnych domach i osobistych asystentach, zapowiedzi technicznych rewolucji z których po miesiącu nic nie zostaje, jeśli technologia rozwija się w myśl zasady więcej znaczy lepiej, jeśli od lat nie zobaczyliście na tym rynku niczego naprawdę interesującego, jeśli oferuje się tym samym odbiorcom dwudziesto i pięciocalowe laptopy jednocześnie – oto jest właśnie przyczyna. Trudno zresztą liczyć na jakieś poważne jakościowe zmiany skoro żaden z producentów – nawet gdyby chciał – nie jest w stanie wziąć na siebie stuprocentowej odpowiedzialności za ich przeprowadzenie. Zresztą kto miałby je zainicjować – Microsoft czy producenci sprzętu? Jeden i drudzy musieliby się jakoś dogadać, pogodzić interesy, ustalić jakiś kierunek i wspólna strategię rozwoju – a to jest niewykonalne. Nie tylko z racji skali ale głównie dlatego, że byłoby to działanie wbrew założeniom, które tkwią u podstaw tego rynku. Słowem, wbrew własnej naturze. I koło się zamyka. Tymczasem utarte schematy i sztampowe myślenie oznaczają i zawsze będą oznaczały stagnację. A w najlepszym razie chaotyczny, przypadkowy rozwój wynikający głównie z dynamiki prawa Moora – który obserwujemy – lecz nic więcej. Pomyślcie jednak co by było gdyby każda większa firma produkująca komputery produkowała własne, dedykowane oprogramowanie! Gdyby Microsoft faktycznie produkował własny, dopieszczony sprzęt! Gdyby Asus, Sony czy MSI miały własny system operacyjny! Na rynku mielibyśmy wtedy kilka lub może nawet kilkanaście konkurencyjnych i kompleksowych rozwiązań. Siłą rzeczy każde z nich musiałoby być inne, odróżniać się czymś pozytywnym od oferty konkurencji i zarazem nie zostawać za nią w tyle! Nie byłoby jednego Apple ale kilku – a każde starałoby się być od drugiego bardziej atrakcyjne. I tańsze. Czy to nie jest pociągająca i korzystna dla użytkowników wizja? W zamian mamy ponury monopol z pozorną konkurencją, tysiące takich samych komputerów, które różni od siebie głównie paręset megaherców w tą czy tamtą, kolor i kształt obudowy i właściwie nic nieznaczące detale. Obecnie jeden pecet od drugiego różni się głównie użytkownikiem! Czy to naprawdę jest sytuacja z której my użytkownicy powinniśmy być zadowoleni? Komputer to oprogramowana elektronika a oprogramowanie to istota tego urządzenia – to dwa oczywiste stwierdzenia. Jednak z tych dwóch prostych zdań wynikają naprawdę dalekosiężne konsekwencje. Nie można im w nieskończoność przeczyć albo udawać, że nie istnieją. Czy naprawdę tak trudno zobaczyć, że to nie Apple robi coś na opak ale że to rynek od lat stoi na głowie?


komentarzy 27