Schylić się po nadgryzione jabłko?

Czy warto się schylić po nadgryzione jabłko?

Last modified on 2008-02-17 19:05:48 GMT. 12 comments. Top.

Wielu z was pyta co stało się z tekstem Czy warto się schylić po nadgryzione jabłko? bowiem po awarii fotogenii na dobre zniknął z sieci. W związku z tym postanowiłem go odrestaurować. Długo wahałem się czy przy tej okazji także go nie zaktualizować ale tyle się w międzyczasie wydarzyło i musiałbym pozmieniać w nim tak dużo, że w końcu uznałem iż nie ma to sensu. Lepiej będzie napisać go na nowo co też być może niedługo uczynię… Niemniej zrozumiałem też, że stara wersja również powinna być w sieci dostępna – artykuł ten pisałem krótko po przesiadce i zawiera on trochę takich emocji których dziś na pewno nie uda mi się odtworzyć. Nie zmieniłem więc nic, zaktualizowałem tylko kod html tak żeby wszystko wyświetlało się na silniku bloga. Zresztą przecież sedno tego tekstu także pozostało bez zmian – odpowiedź na postawione w tytule pytanie wcale się nie zmieniła. Reszta to tylko mniejsze lub większe drobiazgi – i choć oczywiście ważne – to jednak nie aż tak bardzo jak z pozoru mogłoby się wydawać. Cóż, jeśli macie chwilę czasu, zapraszam do lektury. Dla części z was będzie to zapewne sentmentalna podróż w czasie ale może trafi się też ktoś nowy komu mimo archiwalnego charakteru tekstu zechce się przeczytać całość…


Czy warto się schylić po nadgryzione jabłko?

Przydługie wprowadzenie.
Nie jest to poradnik sensu stricto. Opisuję tutaj raczej sytuacje (i moje wrażenia) które spotkały mnie po przesiadce, i potem, podczas kilku miesięcy codzinnego używania maka. Dlatego też znajdziecie tutaj nieco chaotycznie wymieszane informacje przeznaczone zarówno dla zupełnie początkujących użytkowników komputera jak i fragmenty, które przydadza się bardziej zaawansowanym „switcherom”. Niestety, z braku czasu, nie jestem w stanie opisać wszystkiego z myślą o różnych grupach czytelników. Niemniej mam wrażenie, że pomimo tego mankamentu, tekst ten i tak okaże sie pomocny. W polskiej sieci bowiem zaskakująco mało jest informacji o komputerach i systemie Apple (choc ostatnimi czasy wyraźnie coś w tym temacie drgnęło) tak więc wychodzę z założenia, że na bezrybiu i rak ryba. Kiedy myśląc o przesiadce, szukałem informacji bardzo chciałem znaleźć właśnie coś takiego. A ponieważ nie znalazłem – postanowiłem wypełnić tę lukę. Mam nadzieje, że poniższy tekst choć trochę wam sie przyda.

Chciałbym też uniknąć kolejnej systemowej wojny – pamiętam je jeszcze z czasów Atari vs Commodore i wiem doskonale, że takie spory pomimo zaangażowania i wytaczania armat do niczego nie prowadzą. Komputer to tylko narzędzie a nie wyznanie, ideologia czy klub piłkarski. Wiem w prawdzie, że często budzi on takie emocje, jednak nie widze w tym wielkiego sensu. Każdy z nas bowiem potrzebuje narzędzi dostosowanych do swoich potrzeb, to co mnie wydaje się świetne i pomysłowe komuś innemu po prostu nie będzie pasowało, i będzie uważał to za niepotrzebne, czy może nawet głupie. Dlatego proszę bardzo mocno, nie traktujcie tego co napisałem jako kolejnej natchnionej macewangelizacji. Nie ukrywam wszakże, że dla mnie przesiadka okazała się zmianą na lepsze (choć z Windows nie miałem nigdy większych problemów a XP uważam za w miarę porządny system), polubiłem applowskie rozwiązania, i polecam je z przekonaniem gdy ktoś pyta mnie o radę, niemniej na prawdę moją intencją nie jest dowodzenie „wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą”.

iMac G5

Do tej pory komputery Apple były w Polsce (ale też i na świecie, jak długi i szeroki) raczej małopopularne. Sytuacja jednak ostatnimi czasy zmieniła się trochę. Sukces rynkowy iPoda wprowadził markę na szerokie wody, a wyniki konsumenckich badań rynku wykazały, że pecetowi użytkownicy iPodów myślą o tym urządzeniu na tyle ciepło, iż są skłonni spróbować także jak smakują komputery z jabłuszkiem. Apple idąc za ciosem wypuściło więc, chyba pierwszego, maka dla mas. Komputerek mały, elegancki i co najważniejsze bardzo tani. Komputerek do którego można podłączyć standardowy „pecetowy” monitor, klawiaturę i myszkę na USB, sprzedawany przy tym bez akcesoriów – jedynie w małym kartonowym pudełeczku. Najtańszy Mac Mini, bo o nim mowa, kosztuje tylko 499$.

Mac Mini

Zważywszy na fakt, że ów minimak sprzedawany jest w tej cenie wraz ze świetnym oprogramowaniem (obok MacOS X otrzymujemy też pakiet iLife 05 i AppleWorks), jego cena okazała się konkurencyjna także dla coraz bardziej popularnych pecetowych konstrukcji opartych na różnych wynalazkach w stylu mATX, EPIA czy rozwiazań typu barebone. Wprawdzie własnoręcznie poskładany pecet nadal jest jeszcze wyraźnie tańszy od większości z maków jednak różnica ta przestaje być już tak dramatyczna. Nawet w Polsce. Szczególnie, że dolar jest od jakiegoś już czasu całkiem tani. Jednak nie tylko nowy minimak pozwala nam na komfortową przesiadkę. Bez wiekszego problemu można bowiem kupić dziś kilkuletnie lecz całkowiecie sprawne i funkcjonalne maczki na rynku wtórnym. Zwykle są to komputery przywożone zza granicy lub sprzęt sprzedawany przez dotychczasowych użytkowników którzy wymieniają go na nowsze modele. Znając własne potrzeby warto wziąć taki wariant pod uwagę.

iBook

Niestety nie ma w Polsce jakiejś cudownej i dobrze zaopatrzonej „makowej giełdy”, magicznego miejsca gdzie sprzedawcy sa kompetentni, ceny niskie a oferta bogata. Najlepszym więc sposobem na kupno używanego maka pozostaje nadal śledzenie aktualnej oferty na aukcjach allegro lub – o ile macie takie możliwości żeby zapłacic i przywieźć potem bezpiecznie zakupy do Polski – na aukcjach ebay.de lub ebay.com. Warto też śledzić makowe grupy dyskusyjne czy poświęcone tym komputerom „webfory”. Często można tam spotkać ogłoszenia o sprzedaży używanych komputerów. Jeżeli więc nosicie się z zamiarem zakupu maczka warto tam regularnie zaglądać i szukać okazji. Można czasem nieźle trafić.

Cube

Niestety ceny nowych komputerów Apple nadal są dosyć wysokie. Składa się na to kilka czynników. Najbardziej istotnym jest nie pazerność producenta, a to, że maki składane są z markowych części. Jeżeli więc porównacie ceny Apple z innymi markowymi komputerami produkcji np. Della czy Compaqa (które w Polsce też mało kto kupuje) okaże się, że różnica nie jest już tak drastyczna. Kupując maka płacicie więc za komputer „uszyty na miarę” a nie za składaka bedącego wypadkową tego co akurat było w magazynie. Patrząc na nasze własne podwórko, warto też pamiętać, że żyjemy w niezbyt zamożnym kraju, a nasze zarobki są wyraźnie niższe od tych w USA czy Europie Zachodniej. A to właśnie tamtejsze realia kształtują ceny. Niemniej wydaje się, że nawet w Polsce kupno tańszych modeli Apple, nie jest już tak finansowo wykańczające jak jeszcze powiedzmy 5 lat temu. Nie zrozumcie mnie źle – ja też bym wolał żeby komputery Apple były tańsze, niemniej niestety nie są. Nie usprawiedliwiam, próbuję tylko wyjaśnić. Jeżeli więc was budżet nie udźwignie nowego komputera nie bójcie się zbytnio używanych modeli. Są zwykle wypieszczone przez poprzednich użytkowników a markowy sprzęt nie psuje się tak często jak składaki. Zresztą kupno używanego maka nie musi wcale wynikać z przyczyn finansowych, niektóre – nieprodukowane już niestety – modele są po prostu piękne (np. Cube czy iMac G4) a można je niewielkim kosztem unowocześnić (http://www.sonnettech.com/) lub po prostu z powodzeniem używać w fabrycznej konfiguracji.

iMac G4 Flat Panel

Peceta od zawsze kupuje się trochę „na zapas”, z myślą o tym żeby był jak najnowszy, najnowocześniejszy, i najszybszy. Prawda jest jednak taka, że odkąd procesory przekroczyły magiczną granicę 1GHz dla wiekszości domowych zastosowań nie ma w zasadzie znaczenia ile tych gigaherców macie pod maską. Oczywiście nie dotyczy to namiętnych graczy, niemniej przecież nie wszyscy nimi jesteśmy. Coraz częściej więc kupujemy domowy komputer dostosowując konfigurację do rzeczywistych potrzeb. Stąd własnie bierze się ostatnimi czasy taka popularność laptopów czy małowydajnych ale za to cichych i eleganckich konstrukcji typu barebone. Pogoń za gigahercami starciła dziś dla wiekszości nabywców sens. Podobnie jest w makowym światku. Ja np. zamieniłem Athlona XP1700+ na iMaka G4 800MHz, i pomimo, że zajmuję się np. obrabianiem fotografii nie odczułem zbytnio spadku wydajności. Wynika to oczywiście głównie z różnic w architekturze PPC i x86 (800MHz na maku i PC to nie jest to samo!) oraz z odpowiedniej optymalizacji makowego oprogramowania. Powszechna dosyć opinia głosi, że tak jak programy Apple z wersji na wersję chodzą szybciej, tak w windowsach rosną tylko wymagania sprzętowe. Być może to krzywdzące uogólnienie jednak z moich prywatych doświadczeń wynika, że ma pewne podstawy. No dobrze, dobrze – Photoshop potrafi przy wiekszych plikach czasem irytująco zwolnić na tych 800MHz! Zadowoleni? A poważniej, sądzę po prostu, że warto przed zakupem przeanalizować własne potrzeby zamiast gonić bez sensu w marketingowym wyścigu o najwyższą cyferkę…

eMac

Ale wracając do tematu… Dla porządku należy jeszcze dodać, że chwili obecnej Apple sprzedaje komputery dwóch typów: przenośne i stacjonarne. Te drugie możemy podzielić z grubsza na trzy serie: iMaki, PowerMaki i eMaki. Te ostatnie to komputery przeznaczone głównie dla szkół i zintegrowane z klasycznym monitorem CRT. iMac to w zamierzeniu komputer typowo domowy/biurowy mogacy służyć zarówno do pracy jak i rozrywki. PowerMac to z kolei seria przeznaczona dla poważniejszych zastosowań i do pracy. Zupełnie nowym członkiem tej rodziny jest Mac Mini – praktycznie pierwszy mak dla ludu. Z kolei przenośne komputery Apple podzielić można na dwie linie: iBook i PowerBook. iBook to z założenia komputer dla każdego, przeznaczony do tzw. domowych zastosowań. PowerBook to z kolei narzędzie dla użytkowników wymagających dużej wydajności.

PowerBook

Oczywiście należy pamiętać, że w każdej z tych kategorii znajdziemy jeszcze bogactwo różnych modeli, różniących sie pomiędzy sobą mocą procesora, pojemnością dysków, wielkością ekranu itp. parametrami. Wybór jest więc dość spory. Oczywiście podział ten jest nieco umowny, można przecież używać PowerBooka w domu do zabawy i pracować w Photoshopie na minimaku, niemniej z grubsza odpowiada założeniom producenta. Oczywiście obok tego Apple ma w ofercie serwery i mnóstwo innych urządzeń niemniej nie widzę specjalnie potrzeby wymieniania ich tutaj. Jeżeli interesuje was historia komputerów Apple albo zamierzacie kupić któryś ze starszych modeli, polecam wizytę na stronie Apple History.

Białe myszy, dzikie koty…

Szukając informacji o makach natknęliście się zapewne na różne drapieżne zwierzęta – jaguar, pantera, tygrys? O co chodzi z tymi kotami? Otóż są to nazwy kolejnych wersji systemu OS X. Pierwszy nazywał się Gepard (Cheetah, 10.0), drugi Puma (10.1), potem był Jaguar (10.2), na chwilę obecną mamy Panterę (10.3) i czekamy wszyscy na Tygrysa (10.4). Plotki głoszą, że nowa wersja systemu pojawi się już w kwietniu tego roku. Jak na razie mozna zapoznać się z prezentacją jego możliwości na stronach Apple.

MacOS X oparty jest na architekturze UNIX. Dla zwykłego użytkownika oznacza to przede wszystkim bezpieczeństwo i stabilność. Na maku niczym niezwykłym nie jest nie wyłączanie komputera przez kilkanaście dni. Przede wszystkim system nie wymusza na nas restartów (tu Windows jest królem!) co więcej dzięki zaawansowanym technologiom współdzielenia i ochrony pamięci, wielozadoniowości z wywłaszczeniem, wielowątkowości (to taka wielozadaniowość ale w obrębnie jednego programu) i pracy na dobranym i sprawdzonym przez producenta, a co za tym idzie stabilnym sprzęcie, komputer jest prawie w 100% odporny na wszelkiego rodzaju „zwiechy”, niespodziewane restarty itp. Wiem że brzmi to wręcz niewiarygodnie ale tak właśnie jest. Żadna do tej pory dystrybucja Linuksa (wiem, wiem, jestem linuxowym lamerem!) ani wersja windowsa (wiem! wiem! miałem pewnie zbyt wysokie oczekiwania!) nie dawała mi takiego… hmmm… no, po prostu luzu. Trudno opisać tak proste wrażenie. Komputer po prostu działa. Niezawodnie. Zawsze. Bez żadnych głupich niespodzianek.

Nie oznacza to oczywiście, że na maku program nie może się zawiesić. Jeżeli w ogóle można być czegoś na tym świecie pewnym, to właśnie tego, że prędzej czy później, każdy program czy komputer kiedyś się zawiesi. Jakimś jednak cudem takie przypadki zdarzają mi się od czasu przesiadki niezwykle rzadko i nie niosą za sobą dalszych problemów w postaci utraconych danych czy jakichś innych komplikacji. Puk, puk, puk. To ja tak pukam. W niemalowane drewno. Oczywiście cała ta skomplikowana maszyneria została ukryta pod atarkcyjnym wizualnie, bardzo prostym w obsłudze i przemyślanym graficznym interfejsem użytkownika o nazwie Aqua. Zapoznanie z systemem zacząć warto od lektury broszurki przygotowanej przez SAD (czyli polskiego dystrybutora Apple) którą znajdziecie tutaj. Zawiera ona komplet zupełnie elementarnych wiadomości o Mac OS X. Polecam też mocno, bardzo grubą i równie przydatną książkę Davida Pogue pt.: „Mac OS X. W zastępstwie oficjalnej instrukcji” wydaną przez Helion. Książka wprawdzie nie jest zbyt tania (99zł) niemniej jeżeli zależy wam na dobrym poznaniu nowego systemu wydaje się być niezastąpiona pomio, że opis w zasadzie dotyczy wersji 10.2 (Jaguar), a w Panterze wprowadzono sporo różnych zmian.

Czym więc różni się MacOS od Windows? Wiemy już, że ma zupełnie inne „bebechy”. Ale przecież to nie wszystko. W gruncie rzeczy większości normalnych użytkowników komputera to w sumie niewiele obchodzi, tak jak większości normalnych kierowców nie obchodzi zbytnio to co znajduje sie pod maską samochodu. Ok, wiemy że tam jest śilnik i tak dalej, ale przecież nie interesują nas jakieś szczegółowe techniczne rozwiązania. Ważne jest to, że auto jeździ i mało pali, że jest bezpieczne, że ma ABS i inne niezrozumiałe akronimy, a koniec końców, chodzi nam otylko o to żeby samochód był wygodny, dobrze wyglądał i dobrze się prowadził. Myślę, że podobnie jest z komputerami. Zajmijmy sie zatem bardziej widoczną stroną systemu, czyli tą z którą ma do czynienia użytkownik. Z jednej strony, i na pierwszy rzut oka, mamy tu sporo podobieństw. Oba systemy oparte są oczywiście na okienkach, ikonach itp. rozwiązaniach charakterystycznych dla wszystkich chyba graficznych interfejsów użytkownika (GUI) – przynajmniej na ziemi. Z drugiej jednak oczywiście wszystko wygląda tu zupełnie inaczej. Od położenia przycisków zamykających otwarte okienka (w Windowsach znajdują się one w prawym górnym rogu okienka, w MacOS w lewym – drobiazg który jednak stanowi spory problem po przesiadce, ręka sama zmierza w niewłaścią stronę) aż po samą filozofię obsługi komputera.

Swego czasu Apple reklamowało swoje komputery hasłem „think different” – myśl inaczej. I ten własnie reklamowy slogan doskonale może – i winien – posłużyć nam za motto. Największym bowiem problemem z jakim się zetkniecie podczas przesiadki będą wyniesione z windowsowego świata nawyki i przyzwyczajenia. Mówi się, że przyzwyczajenie to druga natura człowieka. Pierwsze chwile po przesiadce to moment, w którym dobitnie przekonacie się, jak bardzo prawdziwe jest to porzekadło. Siłą rzeczy będziecie też porównywać odkrywane rozwiązania z systemem Microsoftu. Kluczem do sukcesu, jest jednak zrozumienie, że przyzwyczajenia wyniesione z pracy w Windows nie są ani jedynym obowiązującym, ani jedynym możliwym punktem odniesienia. Jeżeli np. pracowaliście już kiedyś na Linuksie będzie wam zapewne nieco łatwiej. Prawda jest bowiem taka, że systemy Microsoftu i Apple są po prostu różne. I różnice te sięgają znacznie głębiej niż mogłoby się to na pierwszy rzut oka wydawać. Dlatego, jak sądzę pierwszy kontakt i poznawanie MacOS X należy rozpocząć z otwartym umysłem, bez uciekania się do łatwych porównań i ocen. Na to przyjdzie czas później. Jeżeli wybieracie się po raz pierwszy, na wycieczkę czy urlop do jakiegoś egzotycznego kraju to spacerując po ulicach nie narzekacie chyba cały czas, że nowa okolica nie przypomina waszego rodzinnego miasta, i nie oceniacie miejscowych zwyczajów na gorąco, bez znajomości kontekstu? Przynajmniej mam nadzieję, że nie.

Po uruchomieniu maka, najbardziej chyba rzucającym się w oczy novum jest dok. Jest to w dużym przybliżeniu odpowiednik windowsowego paska z menu start. Dok zawiera ikony aktualnie uruchomionych oraz często używanych programów, miniaturki pomniejszonych (ale nie schowanych – bo to pewna różniaca) okien oraz kosz na śmieci. Jednak ikony w doku to coś więcej niz tylko skróty. Mogą one wyświetlać dodatkowe informacje czy sterować uruchomioną aplikacją. I tak np. ikona Maila pokazuje ilość nieprzeczytanych widomości, ikona Unisona czy Transmita stan programu (download, upload, ilość wątków itd.), systemowy Activity Monitor (czyli coś w rodzaju windowsowego menadżera zadań) potrafi wyświetlać wykresy zajętości procesora, aktywności dysków, zajętości pamięci itp., a np. iTunes (po zastosowaniu darmowego plugina) okładkę aktualnie odtwarzanej płyty. Poniżej widzicie ikonę Maila (systemowy program pocztowy) pokazujący, że w skrzynce są 4 nowe, nieprzeczytane wiadomości.

Po kliknięciu na zadokowaną ikonę prawym klawiszem myszy (lub z wciśnietym klawiszem ctrl lub po prostu – i to jest właśnie ta słynna makowa specyfika! – dłuższym nieco przytrzymaniu lewego, czyli jedynego w Apple Pro, klawisza myszki) wyświetla się dodatkowe menu. Oczywiście dla każdej aplikacji jest ono trochę różne ale myślę, że przykład widoczny poniżej wyjaśnią sprawę.

Na prawej krawędzi doka, obok kosza, lądują natomiast zminimalizowane programy. Wyświetlane są jednak nie tyle ich ikonki co miniaturki okienka. Minimalizując np. okno przeglądarki dostaniemy więć miniaturkę wyświetlanej aktulanie strony. W przypadku fotogenii wygląda to tak:

Najlepszy jednak efekt ma miejsce wtedy gdy zminimalizujemy okienko QuickTime’a – otrzymamy wtedy miniaturkę z ciągle odtwarzanym filmem! Ktoś mogłby pewnie zapytać, i pewnie zapyta, no fajnie, ale po co? Wbrew pozorom to nie tylko bajer – ułatwia to codzienną pracę. Dużo łatwiej bowiem rozpoznać zminimalizowany w ten sposób dokument niż znaleźć go po nazwie. Jeżeli używaliście kiedyś Internet Explorera z jednocześnie otwartymi kilkoma stronami które zgrupowane są na pasku Start pod jednym przyciskiem to wiecie o czym mówię. Obok zminimalizowania okienka programu można je także ukryć. Jedynym wtedy znakiem że program jest uruchomiony jest czarny trójkącik widoczny pod ikoną programu. Oczywiście ikony do doka można dodawać i usuwać samodzielnie.

Dok można też umieścić w różnych częściach ekranu i zdefiniować jego zachowanie. Inaczej mówiąc możemy włączyć jego autoukrywanie oraz np. uaktywnić powiekszanie wskazanych myszką ikonek. Kolejny bajer? Niekoniecznie. Dok bowiem dostosowuje swój rozmiar do ekranu – im więcej otworzymy aplikacji i dokumentów tym ich ikonki będą mniejsze, tak aby dok mógł pomieścić wszystkie. W sytuacji kiedy jest ich bardzo dużo, powiekszenie pozwala na wybór właściwej bez potrzeby zbliżania nosa do ekranu. Dok to bardzo wygodne rozwiązanie. Jeżeli chcecie zobaczyć jak bardzo, i to bez kupowania Maka, możecie spróbować windowsowych programów AquaDock i Samurize (wiele tego typu programów znajdziecie na stronie www.osx-e.com).

Windows udający MacOS X

Nie oddają one wprawdze całej funkcjonalności applowskiego rozwiązania niemniej pozwalają zrozumieć je lepiej niż sążniste opisy. Na marginesie – istnieje dosyć dużo windowsowego oprogramowania, dzięki któremu możn skosztować jak smakuje jabłko. Dodatki te choc atarakcyjne wizualnie nie oddadzą jednak w pełni wrażeń z używania systemu Apple. Gorąco polecam jednak tą zabawę. Daje dużo frajdy. I tak, bardzo zgrabny styl imitujący Panterę dla XP znajdziecie tutaj. Warto też zajrzeć na stronę Iceman’s Emulation Page. O samym mechaniźmie tematów pod XP nie bedę tutaj pisał, jest bowiem w sieci wiele stron poświęconych temu zagadnieniu.

Inną ważną, i równie wyraźną różnicą, jest pasek zawierający menu (plik, edycja itd) poszczególnych programów. W windowsach znajduje się on zwykle w każdym otwartym okienku (o ile nie mamy do czynienia z jakimś cudacznym interfejsem) podczas gdy w na maku zawsze jest on w tym samym miejscu u góry ekranu. Trudno powiedziec co jest lepsze, niemniej na maku przynajmniej zawsze wiadomo gdzie go szukać. W jego prawej części znajdziecie to co w Windows nazywamy „tray’em”. Jest tam, jak widać, zegarek, wskaźnik głośności oraz ikonki różnych uruchomionych aplikacji i usług.

Jeszcze inną, również widoczną na pierwszy rzut oka nowością, jest możliwość kolorowania etykiet (nazw) i teł teczek (folderów). Po co? Wyobraźcie sobie na przykład, że od teraz możecie wskazac komuś właściwy plik mówiąc „to ten czerwony w żółtym katalogu”. Jeżeli wziąć pod uwagę problemy jakie wciąż na różnych kursach komputerowych ma sporo ludzi, ze zrozumieniem i wykonaniem tak prostych czynności jak odnajdywanie, kopiowanie i zapisywanie plików, możliwości oznaczenia ich inaczej jak tylko nazwą, rzuca zupełnie nowe światło na obsługę komputera. W praktyce nawet zaawansowanym użytkownikom ułatwia to odnajdywanie w masie plików często używanych katalogów, dokumentów czy programów. Sami się przekonacie gdy będziecie potrzebowali coś szybko znaleźć.

Innym ważnym elementem makowego systemu jest Expose. Expose pozwala szybko pokazać wszystkie aktulanie otwarte okna (klawisz F9), okna jednej aplikacji (F10) lub pulpit (F11).

Expose w działaniu

Expose pozwala też na zdefiniowanie aktywnych rogów ekranu. Po przesunięciu wskaźnika myszy w taki róg, możemy np. uruchomić wygaszacz ekranu, odsłonić pulpit czy okienka aplikacji bez potrzeby używania klawiatury. W Windowsie podobną (choć dużo mniej wyrafinowaną) rolę spełnia ikonka „pokaż pulpit” umieszczona na tzw. pasku szybkiego uruchamiania. Dla MacOS X obok Expose istnieje też kilka tego typu aplikacji. Jednak można ten sam efekt uzyskać jeszcze prościej – wystarczy kliknąć na odsłonięty fragment pulpitu z wcisniętymi klawiszami option (alt) i command. Wszystkie okna natychmiast znikną a na pulpicie zostanie tylko okienko Findera. Sprytne i wygodne. Teraz szybko kilka podobieństw. Przełączanie z klawiatury pomiędzy uruchomionymi programami, odbywa się podobnie jak w Windows, czyli za pomocą kombinacji command+tab (command+tab+shift – wstecz). Jeżeli zaś chcecie zobaczyć listę uruchomionych aplikacji zamiast alt+ctrl+del naciskamy option+command+esc. W sumie większość klawiaturowych skrótów jest dosyć podobna do tych windowsowych tyle, że zamiast kontrola używamy klawisza command (potocznie nazywanego też jabłko, japko itp). Znajdziemy tu więc odpowiedniki kopuj (command+c), wklej (command+v), zaznacz wszystko (command+a), zapisz (command+s) itd. Klawisz option to nic innego jak zwykły alt (zwany też czasami wanną lub półwanną z racji umieszczonego na nim obrazka). Obszerną listę skrótów w systemie MacOS X znajdziecie w formacie pdf tutaj.

MacOS X choć stworzony dla myszki, nieco paradoksalnie własnie dzięki skrótom klawiaturowym, umożliwia znaczne przyspieszenie często wykonywanych czynności. Mam takie wrażenie, że używając windowsów praktycznie nie odrywałem ręki od myszki a klawiatury używałem tylko do pisania. To oczywiście kwestia wygody (wyboru) bowiem przecież takie skróty dostępne są chyba w każdym systemie operacyjnym. Jednak mam mgliste wrażenie, że praca na Maku ogólnie jakoś bardziej sprzyja używaniu klawiatury. Już choćby poprzez symulację drugiego klawisza myszy (ctrl+cilck). To wbrew pozorom pozytywna cecha. Na przykład wklejenie „nieklikalnego” adresu internetowego do przeglądarki Safari sprowadza się do operacji commad+t (nowa zakładka), command+v (wklej), enter. Myszką na pewno nie da się zrobic tego szybciej. Klawisze zresztą uzupełniają świetnie inne działania myszką – w programie Preview kliknięcie z wciśniętym klawiszem opcji (alt) na ikonach pomniejszania/powiększania lub obrotu na pasku narzędzi, powoduje płynne przeskalowanie (lub obrót) obrazu. A propos myszki… Jak wiecie już, makowa myszka ma tylko jeden przycisk. Może się to wydawać nieco dziwne, niemniej zapewniam, że interfejs MacOS X pomyślany jest w taki sposób, że w zasadzie drugi klawisz jest w codziennej pracy dosyć małoprzydatny. Po prostu nie używa się go zbyt często. Nawet gdy mamy dwuprzyciskową myszkę.

Apple Pro

Po przesiadce – o ile poświecicie trochę czasu żeby wyzbyć się nawyków wyniesionych z windowsa – przekonacie się, że np. kontekstowe menu, nie jest wbrew pozorom tak niezbędne do pracy jak mogło się to do tej pory wydawać. Niemniej, oczywiście menu kontekstowe w MacOS X istnieje, a jego funkcjonalność można dodatkowo rozszerzyć za pomocą specjalnych pluginów (znajdziecie je np. tutaj http://www.pixture.com/top.php) umieszczanych w teczce /Library/Contextual Menu Items/. Dobrze, skoro menu kontekstowe jest wbudowane w system, a myszka ma tylko jeden przycisk to jak się do niego dostać? – zapytacie. Otóż, używając jednoprzyciskowej myszki Apple Pro, symuluje się prawy klawisz poprzez kiknięcie z wciśniętym klawiszem ctrl lub niekiedy po prostu poprzez dłuższe przytrzymanie lewego klawisza. Jednoprzyciskowe myszy mają wśród użytkowników Macintoshy zarówno zagorzałych wyznawców jak i zapamiętanych przeciwników. Kongregacja ta jednak może okazać się niezbyt żywotna, bowiem jak donoszą plotkarskie serwisy, wszystko wskazuje na to, że Apple po wielu latach podtrzymywania jednoprzyciskowej tradycji, zamierza wkrótce wprowadzić do sprzedaży myszkę z dwoma przyciskami.

MacMice – natura nie znosi próżni

Ale wracając na ziemię… Jednoprzyciskową myszke trzyma się w dłoni trochę inaczej, wydaje mi się, że nawet wygodniej, choć oczywiście nie zamierzam was przekonywać, że jeden przycisk to idealne rozwiazanie. Wieloprzyciskowa myszka może być bowiem bardzo wygodna, szczególnie kiedy podstawi się pod dodatkowe klawisze na przykład funkcje Expose czy te oferowane przez różne wirtualne pulpity. Prawdziwym problemem Apple Pro jest, moim zdaniem, jednak nie tyle brak drugiego klawisza co brak rolki. Podobno w nowych myszkach Apple rolkę ma zastapić kółko znane z iPoda, ale jak na razie jest to informacja bardzo mocno niepotwierdzona. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie (być może poza względami estetycznymi bowiem Apple Pro jest bardzo ładna) żeby używac z makiem myszki innej niż oryginalna. Ja używam np. „makolubnej” myszki MacMice, ale bez problemów współpracować będą też typowo pecetowe gryzonie, byle były na USB. Większość znanych producentów oferuje dla swoich myszek sterowniki także dla MacOS X (np. Logitech, Kensington). Jeżeli jednak macie mysz innej firmy, a system sam w sobie, ma jakiś problem z obsługą dodatkowych przycisków, warto sięgnąć wtedy po zgarbny programik USB Overdrive. Tyle o myszkach.

Używając „iksów” warto znać też z grubsza strukturę plików na dysku. Wszystkie pilki i teczki systemowe znajdują się w katalogu głównym, i jeśli cenicie sobie święty spokój, lepiej niczego tam nie ruszać. Z kolei wszystkie piliki użykowników znajdują się w ich prywatnych teczkach w katalogu Users. Dzięki temu, jak i dzięki uniksowym prawom dostępu, programy i dane zapisane w prywatnych katalogach nie są widzialne ani dostępne dla innych użytkowników tego samego komputera. Każdy z nich może więc pracować jak gdyby na własnym, „czystym” komputerze. Reszta jest już bardzo prosta. Domyślnie programy i dane trzymamy w teczkach Applications (w środku znajduje się jeszcze ważny katalog Utilities), Movies, Music, Pictures i Documents. Łatwo się domyślić do czego służą. Oczywiście panuje tutaj pełna dowolność, możecie trzymać co gdzie tylko chcecie, niemniej dzięki takiemu podziałowi, dosyć łatwo jest zachować porządek. Podobnie jest też na XP – przynajmniej w katalogu Moje dokumenty. O ile jednak trzymanie 5GB muzyki, 5GB zdjęć i 3GB filmów w katalogu Moje dokumenty na Windows kończy się zwykle komunikatem o braku miejsca na systemowej partycji, o tyle w MacOS X niczym nam to nie grozi, jako że dysków w maku nie trzeba dzielić na partycje.

Jak już wspomniałem „iks” to bardzo stabilny i bezpieczny system. Prędzej czy później jednak zawsze pojawiają sie jakieś problemy. Nawet jeżeli to tylko błahostki, to windowsowe kruczki i sztuczki niestety niewiele tu pomogą. Naprawę warto zacząć od kilku prostych czynności. Po pierwsze, naprawcie przywileje na dysku. Należy to zrobic za pomocą programu Disk Utility. Po drugie spróbujcie wylogowania lub restartu komputera. Jak głosi stare porzekadło – reset to najlepszy przyjaciel informatyka. Warto też wiedzieć, że wciśnięcie klawisza Shift podczas startu systemu uruchomi go w trybie awaryjnym. Po trzecie jeżeli problem nie ustępuje, załóżcie nowe konto użytkownika i sprawdźcie czy na nim także wystepują problemy. W razie gdyby nic z powyższych nie pomogło spróbujcie zastosować się do tych 20 porad ze strony MacOSX Hints oraz zajrzyjcie na stronę X-Lab.

Dobrze, myślę, że na początek wystarczy. Oczywiście powyższy opis nie wyczerpuje tematu, i nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby mógł to zrobić. Polecana przeze mnie wcześniej książka Davida Pogue ma lekko licząc jakieś 700 stron i też traktuje pewne tematy zdawkowo. Chciałem jedynie zwrócić waszą uwagę na najbardziej moim zdaniem istotne różnice pomiędzy MacOS X a Windowsem. O pewnych rzeczach napisałem zbyt dużo, a o innych mniej lub wcale. Nie roszczę sobie jednak pretensji co do wagi tego wyboru. Bez wątpienia pominąłem wiele ważnych kwestii, jednak podkreślam raz jeszcze, bardziej dokładny opis „iksów” zdecydowanie przekracza ramy tego tekstu. Mam jednak nadzieję, że nawet te wybiórcze informację ułatwią wam odrobinkę pierwszy kontakt z nowym komputerem. Resztę musicie zrobić sami. A jeżeli temat was zainteresował to bardziej drobiazgowe porównanie systemów XP i OS X znajdziecie na stronie www.xvsxp.com.

iOprogramowanie.

Nawet najlepszy system operacyjny niewiele jest wart bez odpowiedniego oprogramowania. MacOS X przyniósł wiele rewelacyjnych zmian na lepsze, lecz zerwał też z kompatybilnością w dół. Oznacza to, że aplikacje dla starszych wersji systemu (9.x) nie uruchomią się bezpośrednio pod „iksem”. Jednak można ich używać dzięki wbudowanemu w system mechanizmowi Classic. Osobiście nie spotkałem jeszcze programu, który odmówiłby posłuszeństwa, niemniej trudno to uznać za reprezentatywny wynik, bowiem jak mogę unikam używania starego softu. Nie dla tego, że nie działa ale dlatego, że okropnie wygląda. To trochę jak nieoczekiwany przeskok w czasie do 1983 roku. Na szczęście nie mam też za bardzo potrzeby. Od czasu premiery dziesiątej wersji MacOS powstało już na tyle dużo nowego oprogramowania, że starsze programy i całe środowisko Classic możemy dziś już traktować bez specjalnej atencji. Generalnie warto wiedzieć, że makowe oprogramowanie dzieli się na programy typu Cocoa i Carbon. Carbon oznacza zaktualizowaną wersję programów napisanych pierwotnie dla klasycznego systemu, Cocoa zaś to programy napisane „od zera” i specjalnie pod OS X. Oczywiście z wyglądu niczym się one od siebie nie różnią, jednak można przyjąc, że „kakaowe” programy są bardziej stabilne i wykorzystują wszystkie nowe możliwości systemu. Tyle niezbędnego technicznego wprowadzenia.

Finder

Rozmawiając z jakimś zagorzałym użytkownikiem komputerów Apple o makowym oprogramowaniu, bez wątpienia usłyszycie prędzej czy później coś o „mac-style” lub o „makowatości”. Ową „makowatość” zdefiniowałbym na potrzeby tego tekstu głównie jako „upraszczanie sobie życia”. Stąd w wiekszości makowych aplikacji znajdziecie albo prosty interfejs i ukryte głęboko możliwości albo po prostu obiecane funkcje i nic ponad to. Cecha ta charakteryzuje także sam system. Jeżeli spojrzycie na np. okienko Findera (odpowiednik Windows Exploratora) znajdziecie tam tylko kilka niezbędnych przycisków. I choć bez trudu można dodać nowe, domyślnie są one jednak schowane. Założeniem makowego interfejsu (a co za tym idzie także obsługi komputera) jest bowiem maksymalna prostota i funkcjonalność. Jak wyglada to w praktyce? Ot, na przykład żeby na maku skompresować dane do archiwum zip wystarczy tylko do nazwy pliku czy teczki dopisać „.zip”. Wymaga to w prawdzie pełnej wersji Stuffita (w systemie znajduje się tylko Stuffit Expander czyli nieco okrojona wersja programu) niemniej ilustruje świetnie sposób podejścia do pracy z komputerem. Bo czy może być coś prostszego? Podobnie banalnie rzecz wygląda z instalowaniem programów. Cały proces sprowadza się do… przeciągnięcia ikony programu do odpowiedniego folderu. Z kolei chcąc odinstalować jakiś program po prostu przeciągamy jego ikonkę do kosza… I już. Nie ma po nim śladu. Dzieje się tak dzięki temu, że ikonka to nie jak w windowsach pilk wykonywalny (.exe) ale specjalna teczka zawierająca wszystkie niezbędne dla danej aplikacji pliki.

Macintosh to komputer pomyślany jako narzędzie do pracy i zabawy, przy którym każdy, podkreślam każdy, nawet całkiem świeżo upieczony użykownik, może skupić się na zawartości własnych danych. Na treści pisanych tekstów, komponowanej muzyki czy malowaniu obrazka. A nie na samym narzędziu. Z założenia ma ono być, i to tylko jak to możliwe, transparentne. Chodzi po prostu o to aby nie uczyć obsługi komputera a po prostu go używać. Z przyjemnością, bez kłopotów i dodatkowych stresów. Czy to się twórcom MacOS X udało? No coż, szczerze mówiąc, myślę, że w dużym stopniu tak. Spora część użykowników maków to w windowsowej terminologii prawdziwi komputerowi lamerzy. Niewiele wiedzą o funkcjonowaniu systemu, sterownikach, prawach dostępu a wydajność komputera mierzą licząc podskoki ikonki uruchamianej aplikacji. A mimo to pracują na komputerze bez oporów, z przyjemnością i bez kłopotów robią na nim to co chcą zrobić. Niemozliwe? A jednak! Często z ust doświadczonych użytkowników, którzy przesiedli się na maki, słyszę opinie w stylu: „w zasadzie jestem nawet trochę rozczarowany, bo lubię sobie pogrzebać przy komputerze, a tu w zasadzie nie ma po co”. Myślę, że stwierdzenie to bardzo dobrze oddaje charakter owej wspomnianej na początku „makowatości”. Oczywiście podejście takie może być także źródłem pewnych problemów. Czasem jakaś czynność na maku wymagać będzie użycia np. dwóch różnych programów zamiast jednego, niemniej chcę podkreślić, że jest to właśnie owa „makowatość”. Specyfika a nie wada. Chodzi tu w gruncie rzeczy o to, by niepotrzebnie nie dublować funkcji, komplikować prostych zadań, nie przytłoczyć użytkownika itp. I tak np. w systemowej przeglądarce grafiki (Preview) próżno szukać narzędzi do jej edycji. A taki iPhoto – program do zarządzania i edycji fotografii – dosyć kiepsko sprawuje się w roli uniwersalnej graficznej przeglądarki. Dla świeżych użytkowników to duża zaleta, jednak dla switcherów z windowsów często jest to problem i źródło frustracji. W moim odczuciu jednak to właśnie podejście to cenna przeciwwaga dla rozbuchanych i przeładowanych interfejsów windowsowych aplikacji, które często po prostu odstarszają od komputera zamiast przyciągać obietnicą łatwej pracy. Bierze się to, jak powiedziałem, z innego podejścia do zagadnienia. Zgodzicie się chyba z tezą iż każde narzędzie powinno być możliwie proste i oczywiste w obsłudze. Jak, na przykład i nie przymierzając, młotek. Pewnie można by go zintegrować ze śrubokrętem ale po co? Czy ułatwiło by to wbijanie gwoździ lub przykręcanie śrub? Nie sądze. Skoro nie potrzebujemy takich młotko-śrubów, piło-cęgów, czy patelnio-szklanek i tym podobnych wynalazków to dlaczego mielibyśmy potrzebować takiego oprogramowania?

iCal

Reasumując – mamy więc tu zderzenie dwóch postaw „może się kiedyś przydać” z „służy do”. Oczywiście, jak to w życiu bywa, złoty środek zwykle tkwi gdzieś pomiędzy, niemniej konsekwencje takich założeń wydają się dosyć jasne i czytelne. Chcę jednak wyraźnie zaznaczyć, studząc trochę powyższe superlatywy, że ostatecznie o tym co jest „lepsze” decyduje użytkownik i jego preferencje, a nie pomysły programistów. Nawet najlepsze. Podsumowując, można jednak z grubsza przyjąć, że dzięki takiemu podejściu makowe oprogramowanie charkateryzuje się zwykle dobrze prostym i przemyślanym interfejsem a windowsowe programy cechuje często nieco większa funkcjonalność, lecz zwykle idzie z tym w parze utrudniona, niekonsekwenta obsługa. Warto mieć tego świadomość bowiem oszczędza to sporo nerwów gdy szuka się makowych zamienników ulubionych windowsowych aplikacji.

Mail

Czego nam zatem do szczęścia potrzeba? No cóż, każdy z nas używa komputera inaczej, robi na nim inne rzeczy. Nie jestem w stanie opisać wszystkich wariantów. Nie zajmuję się np. muzyką czy montowaniem filmów. Niemniej postaram się chociaż przywołać programy, których sam używam, używałem lub te, które wydają się dziś dla domowego komputera po prostu niezbędne. Wraz z samym systemem otrzymujemy już bogaty pakiet najpotrzebniejszych aplikacji. Mamy tu więc zgrabną i szybka przeglądarkę – Safari, program do obsługi poczty – Mail, kalendarz i organizer w jednym – iCal, książkę adresową, i sporo innych programów (np. odtwarzacz DVD) oraz oczywiście narzędzia służące do konserwacji systemu czy pracy w sieci. Wszystkie one stanowią kompletny, przemyślany i uzupełniający się wzajemnie zbiór, dzięki któremu komputer już po wyjęciu z pudeka praktycznie nadaje sie do normalnego użycia. Dodatkowo funkcjonalność tych systemowych aplikacji można łatwo rozszerzyć. Na dzień dobry polecam szczególnie wtyczki do Maila ze strony http://www.tikouka.net/mailapp/ oraz niezbędny podczas każdego safari, hełm korkowy czyli znakomity PithHelemet (program blokujący reklamy na stronach www).

Safari

Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by zamiast systemowych aplikacji używać programów innych producentów. Ja polubiłem te dostarczane z systemem, i uważam że niczego im nie brakuje, ale to oczywiście nie musi oznaczać, że z wami będzie podobnie. Dla Mac OS X dostępne są także tak popularne przeglądarki jak np. Opera czy Firefox. Jeżeli używaliście ich pod Windowsem przesiadka na makowe wersje nie powinna sprawiać żadnych problemów. Z kolei zamienikami systemowego Maila mogą być np. znane z pecetowego świata Eudora lub Thunderbird. Kompetentny artykuł na ten temat wraz z czytelną tabelką z zestawieniem makowego i windowsowego softu znajdziecie na stronie maczealots.com. Polecam! Sztandarowym pakietem applowskiego oprogramowania, dodawanym do wszystkich nowych maków, jest niewątpliwie iLife. Zawiera on aplikacje służące do zarządzania i słuchania muzyki (iTunes), przegladania i obróbki fotografii i filmów (iPhoto, iMovie, iDVD) oraz dodatkowo program do tworzenia muzyki (GarageBand). Więcej na ten temat znajdziecie na stronie www.apple.com.pl/products/ilife05/. Jeżeli macie iPoda znacie już pewnie doskonale windowsową wersję iTunes. Nie sposób się tutaj rozpisywać o iLife zbyt szczegółowo, sensowny opis pakietu wymagałby odrębnego i obszernego tekstu, więc ograniczę się tylko do kilku ogólnych stwierdzeń.

iTunes

Cały pakiet znakomicie oddaje ideę „ułatwiania sobie życia”. Nie znajdziecie tu skomplikowanych i niezrozumiałych funkcji a jedynie prosty lecz przemyślany interfejs i niezbędne opcje. Jednak pomimo pozorów prostoty aplikacje te są w działaniu dosyć wyrafinowane. Oczywiście nie zastąpią one profesjonalnych narzędzi i nie zaspokoją wyszukanych potrzeb – bo też nie taka ich rola – niemniej dla wiekszości normalnych, domowych użytkowników stanowią narzędzie wręcz idealnie spasowane. Z iLife bez trudu nagracie płyte z muzyką, zrobicie własne DVD z filmów z wakacji, poprawicie własne fotografie czy nagracie gitarową solówkę do podkładu z komputera. Nie twierdzę oczywiście, że są one doskonałe, i że nie mogłyby być lepsze – chwale sobie jedynie podejście do tematu.

iPhoto

System wyposażono też w bardzo fajną i wygodną przeglądarkę grafiki i pdf-ów czyli program Preview. Drobny problem w tym, że jest ona dosyć prosta. Dyskomfort odczują zwłaszcza dotychczasowi użytkownicy windowsowego programu Irfan View – małego lecz szybkiego i potężnego programu do prostej obróbki grafiki. Ja byłem uzależniony od tego programu, dlatego bardzo długo szukałem równie funkcjonalnego zamiennika. Długo bo przeglądarek grafiki pod MacOS X jest całkiem sporo, a Irfan wysoko ustawił poprzeczkę, lecz albo znajdowałem coś dużo prostszego albo dużo bardziej skomplikowanego (Graphic Converter, Goldberg). Wreszcie znalazłem niewiele jak sądze ustępujący Irfanowi program będący godnym (i ciągle rozwijanym) zamiennikiem czyli Toy Viewer. Program jest przy tym także freeware!

Preview pokazujący wielostronicowego pdf’a

Jeżeli używacie komputera do pracy i nie boicie się wydatków na oprogramowanie, na maku bez problemu możecie używać znanych z Windowsa programów takich jak pakiet biurowy Microsoft Office, programów Adobe (Photoshop, Illustartor itp.), Macromedii (Fireworks, Dreamweaver itd.) czy Corela (Painter). Nie różnią się one w gruncie rzeczy niczym od swoich windowsowych odpowiedników. Nie ma też najmniejszych problemów z wymianą pomiędzy nimi danych. Co jednak gdy nie chcecie lub nie możecie sobie pozwolić na zakup makowej wersji Office’a wszystkie wasze dokumenty macie zapisane w microsoftowym formacie .doc? Bez paniki. Można sobie z tym poradzić i to bez kosztownych wydatków. Przynajmniej w zakresie „domowym” .

Pages

Po pierwsze istnieje cakiem sporo programów pozwalających czytać dane z formatów .doc czy .xls (choćby icExcel i icWord firmy Panergy Software), a po drugie od kilku miesięcy mamy na rynku pakiet iWork. iWork to zestaw dwóch programów Pages i Keynote. Pages to nic innego jak zaawansowany i bardzo prosty w obsłudze edytor tekstu czytający i zapisujący dokumenty Worda (a także PDF-y i dokumenty AppleWorks’a), a Keynote, to taki odpowiednik PowerPointa (tyle że w działaniu dużo bardziej efektowny!). Całość kosztuje tylko 79$ co przy cenie pakietu Office (blisko 2000zł!) wygląda bardzo atarkcyjnie. Fragment z premierowej prezentacji pakietu iWork możecie zobaczyć (w formacie .mov) pod tym linkiem (Uwaga! 18MB). Oprócz tego istnieje także makowy port OpenOffice pod nazwą NeoOffice. Jeżeli potrzebujecie po prostu niezawodnego edytora tekstu szczerze polecam program Mellel. Jest po polsku (o ile macie ustawiony polski na pierwszym miejscu w preferencjach systemu) i oferuje wszystko (albo prawie wszystko) czego wymagać może piszący. Program jest płatny (39$) ale jeżeli uda sie wam zdobyć wersje 1.7 to jedynym ograniczeniem będzie komunikat przypominający o zakupie. Choć używanie go po okresie testowym może być sprzeczne z licencją.

Mellel w akcji

W marcowym wydaniu MacWorlda z tego roku znalazło się między innymi takie oto zdanie: „Twórcy oprogramowania antywirusowego z firmy Shopos raportują że w chwili obecnej odnotowano 68 wirusów dla komputerów Apple podczas gdy dla Windows liczba ta wynosi 97467. Z tych 68 sztuk makowych wirusów większość ma ponad 10 lat i więcej, i nie infekuje systemu MacOS X”. Koniec. Kropka. Nie wdając się w analizę przyczyn takiej sytuacji (bowiem sa one złożone) warto jednak zauważyć, że trudno dziś znaleźć bezpieczniejszy komputer dla zwykłego użytkownika. Oznacza to także, że używając maka nie potrzebujecie żadnego działającego w tle, pożerającego zasoby i pamięć, oprogramowania antywirusowego!

NeoOffice czyli OpenOffice
na makowo

Jeżeli spojrzycie jeszcze raz na mój pulpit znajdziecie tam też kilka dodatków nieobecnych w systemie. Uwagę zwraca przede wszystikim pogodynka. To tzw. widget napisany dla programu Konfabulator. Na stronie domowej programu znajdziecie bogatą galerię tego typu prostych choć przydatnych aplikacji. Część z nich służy wygodzie, część pracy a częśc jest zupełnie nonsensowna i rozrywkowa. Do wyboru, do koloru. Konfabulator dostępny jest także pod system Windows. W nowej wersji MacOS (Tiger) podobny mechanizm został wbudowany w system i nosi nazwę Dashboard.

Mniej rzucającymi się w oczy dodatkami (widać tylko ich ikony na pasku obok zegara) są trzy małe lecz bardzo pożyteczne aplikacje – Menu Meters, Vitrue i BluePhone Elite (wszystkie do znalezienia na veriontrackerze). Pierwsza z nich to rozszerzenie systemowego panelu sterowania dzieki któremu w prostej i czytelnej formie możemy na bieżąco śledzić funkcjonowanie komputera. Program pokazuje zajętość procesora, pamięci, pracę dysków oraz transfer z, i do, sieci itp. Virtue zaś to malutka aplikacja pozwalająca na używanie w MaOS X wirtualnych pulpitów. Kto raz tego spróbował wie jak to wygoda… Program jest oczywiście w pełni konfigurowalny i oferuje sporo różnych możliwości.

Ja zakochałem się w applowskim efekcie kostki (MacOSX używa go np. do szybkiego przełączania użytkowników) widocznym na animacji poniżej. Screenshot poniżej pochodzi z innego (ale płatnego) programu tego typu o nazwie Your Control: Desktop. Ostatni dodatek przyda się właścicielom nowych telefonów z Bluetooth. BluePhone Elite to program pozwalający na kompleksowe zarządzanie telefonem, wysyłanie SMS, odbieranie połączeń itd. Współpracuje z aparatami firm Sony Ericsson, Nokia, Motorola, Simens itd. Wszystkie trzy programy są przy tym zupełnie darmowe! Inną pożyteczną i darmową aplikacją przeznaczoną dla posiadaczy telefonów z BT jest program Romeo, który pozwala zmienić wasz telefon w uniwersalnego pilota. Można z jego pomocą nie tylko sterować iTunes, odtwarzaczem DVD czy diwiksów ale też np. poruszać kursorem myszki, otwierać pliki itd. By the way – jeżeli wasz Mak nie obsługuje BlueTooth sam z siebie, wzbogacić go można o odpowiedni „dongiel” na USB. Pracują chyba wszystkie modele, choć polecany jest przede wszystkim produkt D-Link’a DBT-120. Pozwoli on także na współpracę z bezprzewodową myszą i klawiaturą.

Przełączanie pomiędzy różnymi pulpitami

W windowsowym świecie do codziennej pracy wręcz niezbędne są programy „tweakujące”, czyli takie, które pozwalają ingerować w niedostępne normalnie, a czasami nawet głęboko ukryte, aprzydatne funkcje systemu. Dzięki nim używanie Windows staje się bardziej normalne. Wprawdzie na maku potrzeba takich ingerencji jest znacznie mniejsza, system nie oferuje nieusuwalnych irytujących dodatków w postaci gadających spinaczy itp., niemniej można znaleźć całkiem sporo tego typu aplikacji. Najbardziej polecaną i najbezpieczniejszą jest darmowy TinkerTool. Ma kilka przydatnych funkcji i warto miec go na podorędziu. Mac OS X umożliwia także zmianę tematów/skórek. Nie znam wprawdzie nikogo kto by z tego korzystał – Pantera nie wymaga moim zdaniem upiększania – niemniej warto o tym wspomnieć. Zbiór kilku naprawdę eleganckich tematów znajdziecie tutaj. Jeżeli zaś szukacie tapet na pulpit polecam zajrzeć na stronę www.theapplecollection.com. Jednak dla prawdziwych wyjadaczy, którzy chcą sobie mimo wszystko pogrzebać we wnętrznościach systemu, ogromnym polem do eksploracji pozostaje ukryty pod kolorowym interfejsem UNIX, i „czarowanie” za pomoca Terminala.

Terminal, jak to ludzie mówią: brama do Unixa

Jeżeli nie potraficie życ bez windowsów zainteresujcie się oprogramowaniem Virtual PC. Nigdy go nie używałem ale podobno pozwla on na efektywną emulacje peceta i zupełnie normalną pracę w systemie Microsoftu. Dla miłośników Linuksów z kolei niezbędne okażą się Fink i X11 (do pobrania ze stron fink.sourceforge.net i www.apple.com). W dzisiejszych czasach komputer służy jednak nie tylko do pracy ale także i dla rozrywki. Wiadomo już że do słuchania mp3 używamy iTunes. Jakim programem oglądać filmy? Z systemem otrzymujemy applowski odtwarzacz QuickTime (równie sztandarowy jak Media Player dla Windowsa). I choć można go bez trudu wzbogacić o dodatkowe pluginy pozwalające mu czytać inne formaty (divx, svcd itp), wyświetlać napisy (plugin Poczytaj Mi Mamo) oraz, bez potrzeby kupowania wersji Pro, wyświetlać obraz na pełnym ekranie (http://homepage.mac.com/joeweaver1/software/) to jednak do odtwarzania filmów polecałbym przede wszystkim opensourcowego mPlayera http://mplayerosx.sourceforge.net/. Program jest w całości zlokalizowany i bez żadnych dodatkowych i kłopotliwych zabiegów pozwoli wam odtworzyć praktycznie każdy film i wyświetlić każde napisy. Innym popularnym odtwarzaczem jest VLC http://www.videolan.org/vlc/download-macosx.html.

mPlayer

Klientów FTP na maka jest także całkiem sporo. Mój wybórł padł na program firmy Panic o nazwię Transmit. Możecie też rzucic okiem na programy Captain FTP i Yummy FTP choć oczywiście nie wyczerpuje to tematu. Znajdziecie też makową wersje popularnego windowsowego programu CuteFTP. Wszystkie wyżej wymienione aplikacje są shareware ale myślę, że bez trudu uda się także znaleźć coś darmowego i równie przy tym funkcjonalnego jak na przykład GUI na systemowy sftp czyli program Fugu.

Transmit

Usenet, hmmm, to jest dopiero temat rzeka… Pod windowsem niezastapiony jest duet Hamster+40tude Dialog. Zresztą, sam Dialog radzi sobie dobrze także bez „chomika”. Jeżeli używacie usenetu regularnie to na pewno wiecie jak ważny jest dobór czytnika, zarówno pod względem możliwości konfiguracji, jak i własnych przyzwyczajeń. Dla mnie każda przesiadka z systemu na sytem niosła w tym temacie dużo bólu. Swego czasu długo szukałem idealnego czytnika pod Linuxem (w końcu staneło na Panie) i długo szukałem pod Mac OS X. Wybór nie jest może imponujący jednak dosyć duży: http://www.newsreaders.com/mac/ . Problem tylko w tym, że żeby sie przekonać, który z nich najbardziej człowiekowi spasuje trzeba je wszystkie dokładnie poogladać. Najpopularniejszym windowsowym czytnikiem jest jednak bez wątpienia Outlook Express. I pewnie będziecie szukać podobnej z wyglądu i w obsłudze aplikacji. Koniec końców żeby oszczędzic wam zbyt długiego szukania sugeruję ograniczyć się do wyboru spośród trzech aplikacji: Halime, Unison, Thunderbird. Halime w zasadzie byłby idealny gdyby nie to, że program jest od jakiegoś czasu nierozwijany i przez to bywa niestabilny – szczególnie gdy subskrybuje się dużą ilość grup z dużą ilością postów. Unison z kolei to świetny program z prostym i stylowym „makowym” interfejsem.

Unison

Dodatkowo potrafi też radzić sobie znakomicie z binarkami – szkopuł w tym, że Unison jest płatny (25$) i ma drobny problem z właściwym przycinaniem references (zostawia tylko jeden) i niekiedy z poprawnym dekodowaniem wrotki. Ja koniec końców wybrałem Thunderbirda, który choć odrobine ślamazarny spisuje się na dzień dzisiejszy chyba najlepiej i nie kosztuje przy tym ani złotówki. No i oszczędza mi kąśliwych uwag na pl.comp.os.advocacy. Jak głoszą plotki, trwają obecnie pracę nad makowym czytnikiem na miarę XXI wieku wieku, który ukazac się ma pod nazwą NewsCarrier, ale jak na razie nie ma nawet binarnej wersji alpha nie mówiąc już o stabilnej i dającej się uzywać aplikacji.

Thunderbird

Podczas używania PC zetknęliście sie pewnie nie raz z archiwami typu RAR i ZIP. Te pierwsze na maku obsługuje darmowy UnRarX http://unrarx.sourceforge.net/ oraz sharewarowy MacPAR deLuxe http://www.xs4all.nl/~gp/MacPAR_deLuxe/, który także obsługuje pliki PAR. Jeżeli nie wiecie co to sa te pliki PAR to w sumie nie ma tematu. zipy natomiast obsługuje nieoceniony Stuffit. Na makach powszechnym standardem kompresji jest jednak format sit i sitx. Poza tym spotkacie się też pewnie z archiwami hqx,bin, bz2, tbz, tar, lha, lzh, gz, tgz, taz itp. Z wszystkimi radzi sobie Stuffit Expander obecny w systemie, więc na dobrą sprawę nie potrzebujecie niczego więcej. Może po za wersją deluxe…

Innym nieustannie i często spotykanym na maku – i kompletnie nowym dla pecetowców – typem danych są pliki z rozszerzeniem .dmg. To nic innego jak zwykły obraz płyty. Na codzień używa się go np. do dystrybucji oprogramowania shareware a całość procedury sprowadza się do dwukrotnego kliknięcia na takim pliku. Można go też wypalić na płytę cd/dvd. Zresztą w wiekszości takich przypadków (np. ściąganie programu ze strony producenta) cały proces przebiega automatycznie i po chwili na pulpicie mamy już zamontowany obraz dmg i dostęp do jego zawartości. Obok obrazów dmg spotkacie się być może także z obrazami o rozszerzeniu .toast pochodzącymi z programu o tej samej nazwie, który służy do wypalania i kopiowania płyt. Toast to w zasadzie pod względem popularności makowy odpowiednik Nero Burning Rom. Wypala też bez problemu pecetowe obrazy .iso, .cue czy .bin.

Jak wiecie zapewne, ciemna strona mocy istnieje i nieustannie kusi. Internet jest tak atrakcyjny nie tylko dlatego, że znaleźć możemy w nim oficjalne krążące informacje i programy ale także dlatego, że obok obszarów czystych, schludnych i zadbanych znajdują się w nim też rejony niebezpieczne, nielegalne i zakazane. Nie namawiam oczywiście do szukania tam przygód, niemniej grzech nie wspomnieć tutaj także o tej stronie przesiadki. Zwracam też uwagę, że pomimo iż np. sieci p2p kojarzą się zwykle z nielegalnym rozpowszechnianiem plików używa sie ich też do dystrybucji legalnego oprogramowania czy muzyki. Na maku znajdziedzie klientów wszystkich popularnych sieci p2p. Od torenta, przez osiołka aż po gnutellę. Więcej informacji na ten temat znajdziecie pod adresem: http://www.mac-p2p.com/ i po polsku: http://www.mac-p2p.prv.pl/. Poza tym istnieją dwie typowo makowe usługi przypominające nieco, rozszerzony o czat i kilka innych funkcji, klasyczny FTP. Mowa o Hotline i Carracho. Żeby połączyc się z takim serwerem potrzebujecie odpowiedniego klienta, żeby samemu udostępniać pliki odpowiedniego serwera. Wszystko do znalezienia na google. Na maku działa także zorganizowana scena crackerska. Bez większego trudu można więc znaleźć w sieci numery seryjne i cracki do różnych programów. Wspominam o tym z kronikarskiego obowiązku bowiem nie zalecam takich metod zdobywania oprogramowania, i nie podam żadnych linków, niemniej sądze, że w ogólnym rozrachunku lepiej jest jednak o nich wiedzieć niż nie wiedzieć. Uczciwość rodzi się przecież z wyboru a nie z jego braku, czyż nie?

I na już zakończenie tej częsci kilka jeszcze krótkich porad bowiem przesiadka nastręcza jeszcze kilka drobnych trudności o których do tej pory jeszcze nie wspomniałem. Przede wszystkim trzeba przecież przenieć swoje dane. O ile w przypadku plików zawierających tekst, muzykę czy obrazy całość sprowadza się po prostu do podłączenia windowsowego dysku do maka, lub przeniesienia ich na płytach dvd/cd-rom, o tyle problemem może być przeniesienie np. poczty, książki adresowej czy haseł dostepu. O ile na hasła nie znam innego sposobu poza przepisaniem ich na karteczkę, pieczołowitym wpisaniem z klawiatury i finalnie rytualnym spaleniem notatek w wielkiej popielniczce, o tyle z resztą jest już sporo lepiej. Jak więc przenieść z PC własne archiwum e-mail’i? Gdyby microsoftowe programy trzymały sie powszechnie obowiązuąjcych standardów, nie byłoby problemu. wystarczyłoby je skopiować tak samo jak pliki .jpg czy .mp3. Tak jednak nie jest. dlatego trzeba sie odrobinę nakombinować. Najdroższym niewątpliwe sposobem jest użycie sprzętowego rozwiązania firmy Detto czyli Move2Mac, które wogóle ułatwia transfer z PC na Maka. Najprostszym chyba, będzie użycie programu Outlook2Mail firmy LittleMachines. Jeżeli jednak nie chcecie wydawać więcej pieniędzy na oprogramowanie, które go do tego użyjecie pewnie tylko raz jedyny, najlepiej bedzie spróbować przekonwertować outlookowe skrzynki do formatu mbox za pomoca darmowych narzędzi, a potem zaimportować je do systemowego Mail’a. Najłatwiejszym sposobem jest użycie do tego celu klienta pocztowego Mozilli.

Jeszcze inną drogą jest zaimportowanie skrzynek z pecetowego Outlooka do pecetowego OutlookExpresa, przeniesienie ich na maka, import do trialowej wersji Entourage (działa 30-dni, to taki makowy odpowiednik Outlooka) z którego z kolei bez problemu zaimportuje je systemowy Mail. Ufff! Straszny opis! Jeżeli używaliście Outlook Expressa – wygląda to trochę prościej – możecie użyć programiku dbxconv. Można by tak wyliczać dosyć długo bowiem metod jest wiele w ogólnym zarysie jednak sprowadzają się one do powyższej procedury w wielu możliwych wariantach. Ja na przykład zrobiłem to jeszcze inaczej, bo postawiłem na windowsie serwer Imap i pobrałem do Maila całą swoją pocztę przez sieć wewnętrzną. Prawdopodobnie z równym powodzeniem można też do tego wykorzystać konta na .Mac czy Gmail. Wygląda to z opisu być może na bardzo zawiły proces, ale uwierzcie mi, że w istocie tak nie jest. W razie problemów polecam stronę www.emailman.com/conversion/ znajdziecie tam sporo informacji o przenoszeniu poczty i kontaktów pomiędzy różnymi systemami i programami. Na pewno pomoże. Znacznie łatwiej natomiast wygląda sprawa z przenoszeniem outlookowych kontaktów. Wystarczyje po prostu wysłać je do siebie e-mailem jako załączniki, potem odebrać pocztę na maku, i… przeciągnąć je do Adress Booka. Voila! Jeżeli zaś przyjdzie wam ochota na połączenie obu komputerów w sieć polecam mocno program SharePoints http://www.hornware.com/. Przyda się na pewno.

NetInfo

Generalnie MacOS X z pracą w sieci i udostepnianiem danych nie ma najmniejszych problemów. Koniec końców oparty jest na Unixie, systemie na którym powstał i nadal twardo stoi Internet. Większośc niezbędnych narzędzi sieciowych znajdziecie więc w teczkach Applications i Utilities, a wszystkich niezbednych ustawień dokonacie w preferencjach systemu. Włączycie tam firewalla, poblokujecie i pootwieracie potrzebne porty itd. W razie czego opis konfiguracji sieci pod różnymi wersjami MacOS X znajdziecie na stronie http://banita.pl/konf/siecmacosx.html.

Polacy nie gęsi…

Kupując komputer u jedynego autoryzowanego przedstawiciela Apple w Polsce czyli w firmie SAD (www.apple.pl) otrzymamy kupon na program polonizujący system zwany Polonizatorem dzieki, któremu nasz Mak, używjąc rejowskiej analogii, przestanie „gęgać”. Polonizacja ma jednak pewną wadę – po instalacji powoduje problemy z uaktualnianiem systemu dlatego też bardziej zaawansowaniu użytkownicy odradzają jej stosowanie. Niestety SAD nie sprzedaje tego przydatnego bądź co bądź dodatku osobno, co oznacza ni mniej ni więcej, że jeżeli kupicie komputer za granicą lub z drugiej ręki to nie ma sposobu na legalne używanie Mac OS X w polskiej wersji. Nie muszę chyba specjalnie dowodzić, że polityka ta choć pewnie skuteczna z marketingowego punktu widzenia firmy na dłuższą metę wydaje się jednak małoopłacalna. Polska wersja systemu dostępna dla wszystkich na pewno wpłynęła by pozytywnie na popularność komputerów Apple na rynku, a w konsekwencji także na zwiększenie sprzedaży. Nawet gdyby trzeba było za nią coś tam zapłacić (nie mówiąc już o darmowej wersji!).

Ostatnio pojawił się też na chwilkę dosłownie, darmowy lokalizator autorstwa Grzegorza Pawlika, jednak w niewytłumaczonych na razie okolicznościach zniknął nim zdążył się choć trochę spopularyzować. Wielka szkoda! Niemniej na jego znakomitej stronie Polish Your Mac (PYM) znajdziecie nadal lokalizacje dla wcześniejszych wersji MacOS i nakładkę lokalizującą iTunes 4.7.1. Warto jednak tutaj zauważyć, że polska wersja systemu nie oznacza jeszcze, że znajomość angielskiego nię będzie nam potrzebna. Siłą rzeczy część programów nadal będzie się z nami komunikować po angielsku (bo po prostu nie są w polskiej wersji) co może tylko spotęgować językowy chaos zamiast go złagodzić, polskie polecenia częsci aplikacji będą się bowiem mieszały z angielskimi. Generalnie jednak tragedii nie ma – MacOS X nie zarzuca nas zbyt często skomplikowanymi pytaniami więc śmiało można go używać bez lokalizacji, choć oczywiście dla jakiejś części początkujących użytkowników może to stanowić problem. Opanowanie jednak kilkunastu angielskich słówek typu „open”, „save” i „exit” nie powinno nastręczać zbyt wielu problemów. Jednak nawet jeżeli polska wersja systemu do niczego nie jest nam potrzebna to niewątpliwie przyda się nam polski słownik. Nazywa się cocoAspell i choć nie jest może zbyt wyrafinowany to jednak szybko się uczy.

Program jest do pobrania za darmo ze strony autora. Instalacja jest bardzo prosta – po ściągnięciu programu kopiujemy plik Spelling.prefPane do katalogu PreferencePanes ulokowanego w katalogu Library. Katalogów Library jest kilka. Od tego, który z nich wybierzemy całkiem sporo zależy. Jeżeli więc chcemy aby słownik pracował w sieci wybieramy /Network/Library, jeżeli chcemy by był dostepny dla wszystkich użytkowników naszego komputera wybieramy folder /Library, a jeżeli tylko dla nas wybieramy ~/Library (czyli teczkę w katalogu użytkownika). Potem wystarczy już tylko otworzyć panel preferencji systemu i wybrać polski słownik. Oczywiście MacOS X obsługuje natywnie i bez problemu polskie czcionki i układy klawiatur (maszynistki i programisty). Pewnym problemem może byc jednak fakt, że na makowej klawiaturze z jakiegoś powodu zamieniono ułożenie literek „ź” (alt+z) i „ż” (alt+x). Przywyczajenie do takiego stanu rzeczy, gdy używało się wcześniej windowsów wymaga sporego hartu ducha i wielu papierosów, zatem lepiej od razu zainstalować zmodyfikowaną wersje kalawiatury z ż i ź na starych miejscach. Dzięki Piotrowi Chylińskiemu powstał układ dostosowujący klawiaturę do pecetowej „normalności”. Do pobrania stąd. Pobrane pliki należy skopiować do katalogu /Library/Keyboard Layouts lub do ~/Library/Keyboard Layouts i przelogować się (tylda oznacza oczywiście katalog domowy użytkownika). Potem wystarczy już tylko włączyc odpowiednią klawiaturę w preferencjach systemu w zakładce International i można cieszyć się klasycznym, pecetowym ukadem literek. Zadowoleni?

Jak juz pisałem Maki nie są niestety zbyt popularne w Polsce. Sytuacja wprawdzie ciągle się zmienia na lepsze, niemniej, choć Apple przestaje powoli być komputerem dla wtajemniczonych, to jednak nadal nie jest jeszcze komputerem dla przysłowiowego Kowalskiego. A statystyka jest nieubłagana – mała ilość użytkowników oznacza też małą ilość programistów. Mała liczba programistów oznacza z kolei jeszcze mniejszą ilość programów. Mała ilośc programów oznacza małą ilość użytkowników i tak ten zaklęty krąg się zamyka. Także więksi rodzimi producenci oprogramowania nie traktują tej platformy zbyt poważnie, w związku z czym używając maka co rusz napotkamy na problemy z typowo polskim oprogramowaniem. Po prostu prawie go nie ma. Nie znajdziecie więc na przykład aplikacji służących do wypełniania formularzy PIT, programów edukacyjnych po polsku, polskich multimedialnych encyklopedii czy Płatnika. To samo odnosi się też do makowych wersji niektórych bardzo popularnych na PC programów, na przykład gadu-gadu. Wprawdzie tu akurat istnieją jakieś zamienniki (najlepiej zdecydowanie rozwijają się projekty open-source’owe np. Kadu) jednak prawda jest bolesna. Niewiele tego. Co gorsza nie możemy za bardzo liczyć, na to że ktoś je za nas, lub dla nas, napisze. niepolskie programy z polskim interfejsem to spora rzadkość. Lekarstwem na te braki może wprawdzie okazać się emulator Virtual PC lub oprogramowanie linuksowe niemniej nie ma co ukrywać że będzie to droga pod górkę.

Jest jednak na runku kilka aplikacji uwzględaniąjcych polską specyfikę. Niżej kilka słów na ten temat. Zacznijmy od komunikatorów. Niewątpliwie najpopularniejszym polskim komunikatorem pozostaje ciągle gadu-gadu. I tu nie ma wielkiego kłopotu. Na Maku istnieje przynajmniej kilka programów pozwalających na rozmowę z użytkownikami gg. Mamy więc do wyboru iGadu (polski, płatny 15zł i chyba już przez twórców porzucony), makową wersję Kadu (www.kadu.net darmowy komunikator który powstał najpierw dla linuksowego KDE) oraz kilka różnych klientów jabbera (Proteus, Adium, PSI). Ja używam AdiumX choć program jest nieco chimeryczny i potrafi się co jakis czas wyłożyć (stanowczo zbyt często!). Niemniej jest mały, bardzo konfigurowalny i dosyć reagularnie pojawiają się nowe wersje więc jest spora szansa na to że wreszcie jego stabliność ulegnie poprawie. Na marginesie – jeżeli lubicie głosowe pogawędki to zapewne ucieszy was wiadomość, że na Maka jest też dostepny Skype.

Adium X i Kadu w działaniu

Niedawno powstał też przydatny makowy port dla słownika Collinsa pod dźwięczną nazwą nazwą AngelaX http://www.czli.neostrada.pl/AngelaX.app.sit autorstwa Czarka Lichacza. do działania wymaga plików DICT101.DAT, DICT100.DAT, DICT101.IDX, DICT100.IDX z oryginalnie zakupionego słownika Collinsa. Wystarczy je umieścić w katalogu obok programu.

I tyle. Skromnie. Jeżeli znacie jakieś podobne polskie aplikacje proszę o kontakt. Warto byłoby zebrać je w jednym miejscu, chętnie więc o nich napiszę. No i na koniec jeszcze kilka porad… Jeżeli potrzebujecie polskich znaczków w Terminalu pomóc powinien ten przepis wrzucony na Szarlotkę przez Krzysztofa Zabko-Potopowicza. W katalogu domowym tworzymy plik .inputrc (Uwaga! To nie rozszerzenie tylko kropka na początku nazwy!) o następującej zawartości:

set convert-meta off
set meta-flag on
set output-meta on

Potem w menu Terminal/Windows Settings… ustawiamy nastepujące opcje: w Emulation włączamy „Escape non-ASCII characters” a w Keyboard wyłączamy „Use option key as meta key”. W nowych sesjach Terminala będzie można pisać po polsku. Dosyć irytujące może być też niespecjalnie czasami kontrolowane przełączanie się klawiatury na inne niż polskie języki. Nie poznałem jak do tej pory sposobu na ostateczne rozwiązanie tej przypadłości jednak pomocne okazać się może wyłączenie nieużywanych języków w zakładce International/Input w preferencjach systemu oraz odznaczenie opcji synchronizacji klawiatury z językiem. Czasem jednak i to nie pomaga. Problem bierze się pewnie stąd, że część autorów po prostu ułatwia sobie pracę zakładając, że wszyscy ludzie na ziemi mówią po angielsku. Nie wiem zresztą, szczerze mówiąc cały ten wbudowany w „iksa” mechanizm z klawiaturami ciągle pozostaje dla mnie zagadką. Warto jednak zapamiętać, że szybkie przełączenie pomiędzy różnymi klawiaturami obsługuje skrót command+spacja.

…wszystkie trzy

Generalnie niewielki udział maków w rynku powoduje też, że w polskiej części internetu jest bardzo mało stron poswięconych tej tematyce. Szkoda bo komputery Apple ewidentnie zasługują na więcej. Sytuacja jest mizerna, i pomimo kilku polskojęzycznych perełek takich jak choćby PYM, trudno mówić tu innymi słowami. Na końcu tego tekstu znajdziecie skromną tabelkę z wybranymi przeze mnie linkami – chętnie dodam nowe jeżeli tylko jakieś znacie. Jeżeli przyjdzie wam więc kiedyś szukać pomocy, nowinek z mak-świata lub kontaktu z innymi użytkownikami maków w Polsce sugeruję rozpocząć poszukiwania od grupy dyskusyjnej pl.comp.sys.macitosh lub e-mailowej listy dyskusyjnej”szarlotka”. Archiwum listy i więcej informacji na ten temat znajdziecie na stronie www.szarlotka.pl. Pomóc może też prywatny e-mailowy kontakt z innymi użytkownikami. Za drogowskaz niech posłuży wam ta mapka. W innym przypadku będziecie skazani na strony anglojęzyczne. Przypomnę, że oprogramowania najlepiej szukać na nieocenionym VersionTrackerze (www.versiontracker.com/macosx/) oraz na stronach www.macupdate.com (http://www.macupdate.com) i www.apple.com/downloads/macosx/. Pomocy w rozwiazywaniu problemów na stronach MacOsXHints http://www.macosxhints.com/ oraz MacFixIt http://www.macfixit.com/. Zaś swieżych informacji na MacCentral http://www.macworld.com/news/. A w razie problemów z hardwarem nieustająco polecam serwis Accelerate You Mac http://www.xlr8yourmac.com/.

Zamiast ogryzka…

Choć z zewnątrz komputery Apple wyglądają imponująco, to wewnatrz kryje się oczywiście zwykła zielono-bura i zakurzona elektronika. Jeżeli pominąć różnice jakie wynikają z odmiennej architektury (x86 i PPC) znajdziecie tam z grubsza takie same (lub bardzo podobne) podzespoły jak w PC. Trudno mi zająć się tutaj tym tematem dogłębnie dlatego pozwole sobie na takie, jaskrawe być może, uproszczenie. Na pewno niczym za to nie różnią się od siebie takie podzespoły jak dyski twarde, pamięć czy napędy cd/cdrw czy dvd.

I tak na przykład wewnątrz mojego iMaka znajduje się zwykły dysk twardy Maxtora i (od niedawna) wsadzona tam przeze mnie, a wczesniej używana na PC, nagrywarka DVD – NEC-2500a. Generalnie z całej rodziny komputerów Apple, tylko PowerMaki zapewniają łatwy i nieskrempowany dostęp do wnętrza i własnoręczną wymianę hardware. Wymiana podzespołów w przypadku takich konstrukcji jak iMac jest już mocno utrudniona bowiem obudowa nie jest skonstruowana z myślą o łatwym dostępie, niemniej jednak jest to w zasięgu ręki zorientowanego w temacie użytkownika. Jednak jeżeli ktoś nie ma pojęcia o komputerach to stanowczo takie eksperymenty odradzam. Chyba że po prostu chcecie tylko coś popsuć. Gdyby ktoś z was posiadał iMaka G4 i chciał wymienić w nim własnoręcznie co nieco wnętrzności, polecam dwa poniższe linki: http://www.xlr8yourmac.com/systems/iMac_g4/imacg4_takeapart.html oraz http://www.tevac.com/tutorial/hw/iMacLCD-HD/. Ostatnia strona jest wprawdzie po włosku niemniej fotografie mówią chyba wszystko. A tutaj jeszcze serwisowa instrukcja do iMaka G4 (w PDF). Więcej instrukcji znajdziecie na stronie http://home.earthlink.net/~strahm_s/manuals.html.

Pacman

Wymiana napędu wymaga jeszcze zainstalowania aplikacji PatchBurn (www.patchburn.de) która pozwoli na używanie nagrywarki bezpośrednio z systemu i tzw. iApps czyli aplikacji takich jak iTunes, iPhoto czy iMovie. Apple bowiem nie wspiera wszystkich producentów i modeli nagrywarek i część z nich może odmówić współpracy. Bez zastosowania patchburna możliwe jest używanie nagrywarki tylko za pomocą oprogramowania przeznaczonego do nagrywania płyt np. wspomnianego juz wcześniej Toasta. PatchBurn przyda się też w sytuacji gdy przyjdzie wam korzystać z zewnętrznych nagrywarek via USB czy Firewire. A propos zewnętrznych urzadzeń… Na polskim rynku dosyć popularne są obudowy marki Welland pozwalające na używanie dysków 2,5″, 3,5″ oraz napędów 5,25″ za pomocą złącz USB2.0 i Firewire (1394). Producent gwarantuje współpracę z makami umieszczając na pudełku logo i stosowne informacje. Jednak w praktyce nie jest tak różowo. Urządzenia te pracują na chipsecie Prolific PL-3507 i sprawiają czasami niestety nieco kłopotów. Szczególnie gdy używa się więcej niż jednego napędu. Producent udostępnia wprawdzie co jakiś czas nowe firmware (uaktualnienie trzeba przeprowadzić spod Windows, procedura jest banalna, ale jakby co to fleszujecie na własna odpowiedzialność!) niemniej w dalszym ciągu nie rozwiązuje ono problemów ostatecznie (sprawdziłem na wersji d110904). Poczytać o tym można całkiem sporo w sieci (polecam Google). Jeżeli więc macie jeszcze wybór zewnętrznej obudowy przed sobą, lepiej być może sięgnąć po produkty oparte na kości Oxford 911 (np. Lacie), choć zapewne będą one trochę droższe. Nie wiem też czy w praktyce okażą się niezawodne bowiem z tego co czytałem kiedyś też były z nimi jakieś problemy. Ale to było kilka lat temu.

Przy okazji – maki czytają i zapisują bez problemu pecetowe dyski FAT oraz czytają NTFS (jest wprawdzie oprogramowanie które umożliwia też zapis na NTFS ale nigdy go nie używałem, plotki głoszą też, że nowa wersja Mac OS X – Tiger, będzie już obsługiwała ten format natywnie). Gorzej jest z kompatybilnością w drugą stronę. Na szczęscie istnieje sprytny windowsowy program MacDrive, który pozwala pecetom odczytywać i zapisywać dane z dysków HFS.

Jeżeli chcecie przyspieszyć swojego Maka najlepszym sposobem będzie dołożenie mu pamięci. Tu oczywiście zaczynają się schody. Do każdego typu (nawet w obrębie jednej serii) pasują inne kości, i trzeba dobrze wiedzieć co się chce kupić. W iMaku rozpasanie sięga znacznie dalej bowiem producent zaaplikował mu dwa różne (sic!) porty. Pierwszy, to ukryty wewnątrz obudowy kalsyczny 168-pinowy DIMM PC133 (tzw. factory upgradeable), drugi to w założeniu dostępny dla użytkownika 144-pinowy SO-DIMM. Oczywiście przy zakupie pamięci obowiązuje bezwzględnie jedna prosta reguła – kupujcie tylko markowe kości i tylko u pewnych sprzedawców. Ja napotkałem sporo problemów ze znalezieniem kompetentnego i zaopatrzonego sprzedawcy ale w końcu trafiłem. Polecam zatem , choć to zupełnie darmowa reklama, sklep www.isotec.pl. Jeżeli chciecie zobaczyć co siedzi wewnątrz waszego jabłuszka, najlepiej użyć do tego systemowej aplikacji System Profiler. W razie poważniejszych problemów, w diagnozowaniu ich pomóc wam może Apple Hardware Test (dodawany jest do każdego komputera Apple) oraz niezależne aplikacje takie jak np. Tech Tool Pro czy choćby darmowy benchmark X-Bench (do znalezienia na versiontrakerze). Oczywiście softu tego rodzaju jest dużo więcej ale w zasadzie im mniej o nim będziemy zmuszeni wiedzieć tym chyba lepiej…

Wyczekiwane zakończenie.

Ufff! Nareszcie! Trochę się chyba za bardzo rozpisałem, trudno jednak tak obszerny temat zamknąć w jednym tylko tekście. Z drugiej strony starałem się zmieścić tutaj wiekszość istotnych moim zdaniem dla pecetowego switchera informacji, więc uznałem ostatecznie, że lepiej długo i nudno niż krótko ale zabawnie. Jeszcze raz podkreślam, że nie było moją intencją udowadnianie wyższości maków nad innymi komputerami, a po prostu przekazanie kilku – mam nadzieję – pomocnych informacji i odrobiny tej radości jaką mnie osobiście dała przesiadka. Jeżeli jednak koniecznie chcecie sie pokłócic o to co lepsze, oszczędźcie komentarze pod tekstem i zajrzyjcie na grupę dyskusyjną pl.comp.os.advocacy. Tam bedzie to jak najbardziej na miejscu.

Podsumowując – uważam, że Maki to wspaniałe komputery. Nie oznacza to jednak, że inne są z automatu jakoś „gorsze”. Ja w ogóle uważam, że komputery są wspaniałe. Siedzę przy nich już ponad dwadzieścia lat (ależ ten czas leci!) i zawsze je lubiłem. Nawet jak miały 64 kilobajty pamięci i 7MHz-owy procesor! Dla mnie przesiadka na Maka okazała się nie tylko zaspokojeniem potrzeb ale i wspaniałą zabawą. Rozumiem jednak, że nie wszyscy maja takie podejście. Mak jednak na pewno nie jest komputerem dla pasjonatów. Uważam, że na dzień dzisiejszy to idealny, szczególnie dla przysłowiowego zwykłego Kowalskiego, komputer do domu i do pracy. Oczywiście jak każde generalizujące stwierdzenie, tak i to powyższe, nie musi być prawdą w konkretnych przypadkach. W końcu to tabakiera jest dla nosa, a nie nos dla tabakiery – właściwy wybór odpowiedniej dla siebie platformy to klucz do zadowolenia. Ja wybrałem Apple i jestem szczęśliwy. Uważam że to jeden z najlepszych zakupów jakich dokonałem. Windows od dawna mnie irytował, Linuks okazał się – dla mnie i mojego sprzętu – zbyt wymagający. MacOS X jest w sam raz. Słowem – mam co chciałem.

Nie napisałem ani słowa o grach. Nie dlatego jednak, że ich nie ma, bądź dlatego, że maki nie nadaja się do grania, ale dlatego, że sam od dawna już nie gram. Jednak nawet w moim komputerze jest jedna gra, i to 3D! To szachy dostarczone razem z systemem. Powiedzmy, że to taki makowy odpowiednik windowsowych pasjansów i sapera. Na maka znajdziecie wbrew pozorom całkiem sporo gier – ostatnio pokazał się słynny Doom III – jednak ja nie jestem dobrym źródłem informacji na ten temat. Przykro mi. Musicie ich poszukac gdzie indziej. Tekst ten zawiera też wiele innych wiele przemilczeń. Tłumaczyłem już kilka razy dlaczego więc nie bedę się powtarzał. Potraktujcie go więc jak luźny wstęp do tematu, pigułkę dla poczatkujacych, grafomański felieton a nie metodologiczną i kompletną rozprawę. Na to się raczej z barku czasu nigdy nie porwę. Jak juz pisałem, niewielka popularność komputerów Apple owocuje nie tylko mniejszym niz pod Windows wyborem oprogramowania (z drugiej strony po co komu siedem takich samych aplikacji skoro ma już tą jedną?) lecz także niewielką stosunkowo ilością (w porównaniu z tymi o PC i Windows) stron poświęconych tej tematyce. Myślę, że istnieje spora szansa na to, że to się wkrótce zmieni. Dużo nadziei pokładam między innymi w was – być może bowiem to właśnie wy, po przesiadce, zaczniecie prowadzić własne strony czy pisać potrzebne oprogramowanie. Tak przecież powstały swego czasu popularne pecetowe serwisy takie jak benchmark.pl czy podobne… Z pasji, nie z wyrachowania. Na razie jednak to tylko nadzieja. No coż, pożyjemy zobaczymy. Dziś większości potrzebych informacji i softu szukać trzeba poza granicami polskiego internetu. Tak czy siak, kończymy. Jeżeli wśród czytelników znajdzie się ktos kto mógłby, i chciałby jednoczesnie, uzupełnić brakujące fragmenty, coś sprostować czy dopisać – prosze o kontakt. Dziękuję za cierpliwość i uwagę.

Bartosz Skowronek

Przydatne linki po polsku:

http://pestkazjablkiem.republika.pl/
http://www.macnews.pl/modules/news/
http://uce.pl/pym
http://banita.pl/konf/siecmacosx.html
http://bezsenni.w.interia.pl/zrob_to_sam.html
http://www.apple.com.pl/start/
http://www.szarlotka.pl/
http://alt.ziew.org/apple-pl/
http://www.makopedia.jabluszko.pl/site_new/index_new.html
http://www.dworniak.com/mac/
http://broszura.apple.eu.org/
http://www.apple.com.pl
http://www.jabluszko.pl/
http://www.myapple.pl/portal.php
http://forum.swiatobrazu.pl/mac/index.php

i po angielsku:

http://www.apple.com/downloads/macosx/
http://www.macworld.com/news/
http://www.pure-mac.com/
http://www.macosxhints.com/
http://www.macfixit.com/
http://home.earthlink.net/~strahm_s/manuals.html
http://www.spymac.com/
http://www.apple-history.com/frames/?
http://www.macmaps.com/Macosxspeed.html
http://www.xlr8yourmac.com/
http://macintouch.com/
http://www.thexlab.com/
http://byodkm.net/
http://www.apple.com.au/support/
http://www.ipodlounge.com/
http://insidemacgames.com/
http://www.apple.com/games/