Cztery rzeczy których nigdy nie kupię?

                20 października 2009 o godzinie 16:44, w kategorii Jabłka.

Jako że dosyć często słyszę, że bronię Apple w ciemno, obsesyjnie i wtedy kiedy na to nie zasługuje, że jestem doktrynerem, fanbojem i w ogóle macmudżahedinem postanowiłem – dla zabawy – stworzyć listę produktów Apple, których nigdy bym nie kupił. Po krótkim namyśle, zrezygnowałem z atrakcyjnej, mocno się narzucającej i dosyć obszernej kategorii pod tytułem „nie stać mnie” – głównie dlatego, że to kryterium mocno subiektywne a więc i kompletnie do niczego nikomu innemu nieprzydatne. W końcu chodzi tu o to aby tematem tekst były produkty Apple a nie zawartość mojej kieszeni, prawda? Poza tym „stać nie stać” to sytuacja raczej płynna. Dziś może nas nie stać ale jutro już być może będzie – w końcu nikt z nas nie zna przyszłości. W efekcie lista zrobiła się raczej krótka a pomysł na tekst nieco naciągany… Mimo to postanowiłem spróbować. Na początek trafiła Time Capsule – pewnie dlatego, że ostatnio o niej głośno. Jednak to wcale nie rzekoma awaryjność byłaby powodem, dla którego omijałbym kapsułę szerokim łukiem lecz bardzo bogata oferta konkurencji. Owszem niewiele jest produktów łączących w jednej obudowie wszystkie zalety kapsuły czasu jednak na rynku jest taka masa ruterów, zwykłych i sieciowych dysków twardych i różnych innych urządzeń które można w ten sposób wykorzystać, że po prostu nie widzę żadnego powodu aby szukać tu jeszcze jakiejś kosztownej egzotyki. Wspominam o cenie w innym niż wcześniejszy kontekście – nie chodzi tu bowiem o to, że Time Capsule jest zbyt drogie ale o to, że jest wyraźnie droższe niż inne dostępne, podobne a nawet i niezbyt podobne ale przecież – co najmniej – równie funkcjonalne rozwiązania. Generalnie agregacja funkcji ma oczywiście swoje zalety ale w tym akurat wypadku oznacza to także brak elastyczności. Przynajmniej ja to tak widzę. Mówiąc krótko, wybrałbym więc raczej ruter, zewnętrzny dysk na firewire i udostępnianie go w sieci niż urządzenie typu „wszystko w jednym”. Time Capsule nie jest złe ale to produkt mocno sprofilowany a ja ewidentnie nie jestem celem. Więc nie kupię. Kropka.

155504-2765Dtb Time Capsule

Kolejnym – i dosyć oczywistym wyborem – jest rzecz jasna Mighty Mouse. Myszy to mój prywatny dramat – zawsze lubiłem applowskie myszy i zawsze z bólem serca z nich rezygnowałem lądując zwykle na jakimś brzydkim ale funkcjonalnym Logitechu. Applowe myszy dobrze leżą w dłoni, świetnie wyglądają na biurku – zwłaszcza stara „szklana” Apple Pro! – ale niestety ich użyteczność jest, mówiąc delikatnie, nieco dyskusyjna. I nie chodzi tu wcale o legendarny już „jeden przycisk” ale o brak rolki – to kiedyś – lub też – to dziś – o ich nadmiar. Mam tu na myśli, rzecz jasna, rolki na których leży mightymousowa kulka. Znacie pewnie sprawę z autopsji… Kulka jest świetna, wygodna i w ogóle sexy (stąd pewnie wzięła się jej potoczna nazwa) ale za to łatwo i szybko się brudzi co w rezultacie oznacza konieczność regularnych i kłopotliwych trepanacji. Nie jestem przeciwnikiem higieny, mycia rąk, zębów ani nóg – po prostu cierpię rzeczy, które cyklicznie odmawiają posłuszeństwa nawet jeśli dzieje się tak z przyczyn obiektywnych a do ich naprawy – przynajmniej na początku – wystarczy zwykła kartka papieru. Zwłaszcza, że zgodnie z którymś tam prawem Murphego kulka prędzej czy później odmówi współpracy akurat wtedy kiedy nie będziecie mieli ani ochoty ani czasu na czyszczenie… Wściekłbym się, nie potrafiłbym tez żyć pod taką presją. O nie! Dlatego dopóki Apple nie wypuści wreszcie myszy z „dotykową rolką” dopóty będę się od Mighty Mouse trzymał z daleka. Nie kupie, ba – nawet za darmo nie wezmę! I kropka.

Mighty88Kli90Niemouse

Trzecim i ostatnim produktem jest AppleTV. Tu także nie ma niespodzianki, prawda? Telejabłko w polskich warunkach przypomina bardziej porcelanowy wazonik niż cokolwiek innego. Ładnie wygląda – i tyle. I mimo, że da się je dosyć łatwo dostosować do zaspokajania bardzo różnych oczekiwań to dziękuję. Wolę już protezę w postaci xboxa – wprawdzie głównie dlatego, że już ją mam i nie widzę najmniejszej potrzeby aby cokolwiek zmieniać ale przecież kiedyś nie miałem a mimo to wybrałem jak wybrałem. Z drugiej strony nie powoduje mną samo tylko lenistwo ale także kwestia, powiedzmy, odpowiedzialnej konsumpcji – trzeba pamiętać, że AppleTV to nie tylko przystawka do telewizora ale także przystawka do iTunes Store. Tak długo jak długo Apple nie rozszerzy dostępu do multimediów na resztę Europy – albo jak długo sam się nie przeprowadzę – tak długo nie widzę żadnego sensu w tym, aby płacić za urządzenie, którego głównym zadaniem jest dostarczanie treści, których dostarczyć nie może. Zgoda, ale to nie znaczy „nigdy” – powiecie. A już zwłaszcza w kontekście informacji o przyszłorocznym porozumieniu pomiędzy wydawcami, organizacjami zbiorowego zarządzania i Komisją Europejską. Jasne, od samego czekałem aż ktoś powie „nigdy nie mów nigdy”. Owszem, dzięki wysiłkom dzielnych komisarzy być może dostaniemy wreszcie sklep z muzyką ale do naprawdę dużego katalogu, przyjemnego wypożyczania filmów, odpowiednio szybkich transferów czy akceptowalnych dla każdego cen droga ciągle jeszcze będzie daleka. Nawet wywalczona czy wymuszona nieproporcjonalnie duża ekspansja Apple niewiele w tej kwestii zmieni. Rynek to rynek – i nie da się go oszukać. Chcemy tego czy nie, prawda jest brutalna – mieszkamy w technologicznie zapóźnionej i ekonomicznie zacofanej części świata a zmiana tego stanu rzeczy wymaga przede wszystkim czasu i nie zależy od decyzji biurokratów. To znaczy trochę zależy – na pewno potrafią ją spowolnić… I dlatego właśnie zakładam, że telejabłka jeszcze długo, długo nie kupię. Kropka?

Applniekupie637Etv

Chyba, że… I tu właśnie pojawia się wątek, który sprawił że w ogóle zdecydowałem się napisać ten tekst. Nie czarujmy się, sama taka wyliczanka „czego sobie nie kupię” nie ma bowiem zbyt wiele sensu – prawda? Lista jest krótka, argumenty banalne i mimo wszystko raczej subiektywne – pewien jestem że można je całkiem szybko i rozsądnie odwrócić… Ale właśnie przy okazji „nie kupowania AppleTV” wpadł mi do głowy pomysł z gatunku tych niezdrowych i plotkarskich. Od miesięcy wszyscy wokoło rozpisują się na temat iTabletu, iPada i iProda, zastanawiają się co i kiedy też Apple wreszcie pokaże ale nikt chyba nie próbował połączyć tych wszystkich spekulacji z telejabłkiem. A przecież to idealny moment na takie właśnie dywagacje! AppleTV nigdy nie zdobyło sobie popularności ani na tyle dużego rynku, żeby Apple nie próbowało jakoś przedefiniować jego roli. Jednocześnie półka pod telewizorem czy – patrząc jeszcze szerzej – domowy salon to cały czas obiecujący i niezagospodarowany jeszcze segment rynku. Apple zrobi telewizor! – zakrzykniecie. Nie sądzę, Apple nie potrzebuje własnego telewizora, tak jak i ludzie nie potrzebują wcale telewizora od Apple – już je przecież mają. Duże, małe, czerwone, czarne, fulhalfredyhade, wypasione i odchudzone. Mimo to zarówno jedni jak i drudzy chcą czegoś co pozwoli im wykorzystać duży ekran i potencjał jaki daje wyspecjalizowany i podpięty doń komputer. Co więcej, od lat wiadomo jak to zrobić – wystarczy do telewizora podpiąć grę wideo – jednak dopiero od niedawna Apple ma w tym względzie do zaoferowania coś unikalnego i oryginalnego. Chodzi oczywiście o oprogramowanie z App Store! Więc co, konsola? – zapytacie. I tak i nie. Po prostu wyobraźcie sobie nowe AppleTV napędzane nie ograniczoną i odchudzoną wersją OS X lecz nieco tylko zmodyfikowaną wersją iPhoneOS. Sterowane za pomocą iPoda Touch, iPhona lub/i dodatkowego kontrolera czy pilota. Po wifi lub odpowiednio długim kablu – jak chociażby Wii. Czy to nie idealny sposób na wykorzystanie wbudowanego w nie akcelerometru? Wyobraźcie sobie dostępną na wejściu, liczącą ponad 60 tysięcy tytułów bibliotekę oprogramowania, która wymaga tylko niewielkich poprawek aby dało się go używać „stacjonarnie”. Gry, książki, komiksy, prognozy pogody, notowania akcji, kursy walut, organizery, kalendarze, mapy, serwisy społecznościowe, przypominajki, budziki, komunikatory i tak dalej i tym podobne. Brzmi nieprawdopodobnie? Zgoda – głupio, niepoważnie, banalnie – ale nieprawdopodobnie? Przecież prędzej czy później to się musi tak skończyć! Mimo to nie mam zamiaru się kłócić – nie jestem wróżką i nie znam przyszłości – dlatego właśnie nowe telejabłko to tytułowa, czwarta rzecz której pewnie nigdy sobie nie kupię…


komentarzy 14